|
|
|||||||||||||
|
Ostatnie 10 torrentów
Ostatnie 10 komentarzy
Discord
Wygląd torrentów:
Kategoria:
Muzyka
Gatunek:
Progressive Rock
Ilość torrentów:
72
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:47:00
Rozmiar: 88.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:41:39
Rozmiar: 198.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD w oryginalnej okładce - jako samodzielny tytuł! Wydany pod koniec 1970 roku, drugi album (całkowicie studyjny - w przeciwieństwie do koncertowego debiutu) jazz-rockowej, progresywnej formacji prowadzonej przez byłego perkusistę Cream z pomocą m.in. Grahama Bonda! Album uzupełniony został pięcioma utworami powstałymi podczas tej tej samej sesji, ale niewydanymi na Wyspach (ale w Niemczech i w USA). ..::TRACK-LIST::.. 1. Let Me Ride 4:20 2. Sweet Wine 3:35 3. Do U No Hu Yor Phrenz R ? 5:41 4. We Free Kings 4:28 5. I Don't Want To Go On Without You 3:55 6. Toady 8:20 7. 12 Gates Of The City 4:03 Bonus Tracks From The Same Recording Sessions: 8. Sunshine Of Your Love 5:46 9. Caribbean Soup 3:06 10. You Wouldn't Believe It 3:41 11. You Look Like You Could Use A Rest 5:37 12. We Free Kings (Alternate Take) 4:53 Recorded at Trident Studios, London and Olympic Studios, London betwee May and October, 1970. ..::OBSADA::.. Ginger Baker - drums, timpani, tubular bells, African drums, vocals Kenny Craddock - guitars, Hammond organ, piano, vocals Colin Gibson - bass guitar Graham Bond - alto saxophone, Hammond organ, piano, vocals Steve Gregory - tenor saxophone, flutes Bud Beadle - baritone, alto & tenor saxophones Diane Stewart - vocals Catherine James – vocals Neemoi "Speedy" Acquaye - drums, percussion, African drums Additional personnel: Denny Laine - guitars, piano, vocals Rick Grech - bass guitar Harold McNair - tenor & alto saxophones, flutes Aliki Ashman - vocals Rocky Dzidzornu - percussion, conga https://www.youtube.com/watch?v=TNbCQVYwVuM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 28
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-12 19:27:26
Rozmiar: 134.45 MB
Peerów: 11
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD w oryginalnej okładce - jako samodzielny tytuł! Wydany pod koniec 1970 roku, drugi album (całkowicie studyjny - w przeciwieństwie do koncertowego debiutu) jazz-rockowej, progresywnej formacji prowadzonej przez byłego perkusistę Cream z pomocą m.in. Grahama Bonda! Album uzupełniony został pięcioma utworami powstałymi podczas tej tej samej sesji, ale niewydanymi na Wyspach (ale w Niemczech i w USA). ..::TRACK-LIST::.. 1. Let Me Ride 4:20 2. Sweet Wine 3:35 3. Do U No Hu Yor Phrenz R ? 5:41 4. We Free Kings 4:28 5. I Don't Want To Go On Without You 3:55 6. Toady 8:20 7. 12 Gates Of The City 4:03 Bonus Tracks From The Same Recording Sessions: 8. Sunshine Of Your Love 5:46 9. Caribbean Soup 3:06 10. You Wouldn't Believe It 3:41 11. You Look Like You Could Use A Rest 5:37 12. We Free Kings (Alternate Take) 4:53 Recorded at Trident Studios, London and Olympic Studios, London betwee May and October, 1970. ..::OBSADA::.. Ginger Baker - drums, timpani, tubular bells, African drums, vocals Kenny Craddock - guitars, Hammond organ, piano, vocals Colin Gibson - bass guitar Graham Bond - alto saxophone, Hammond organ, piano, vocals Steve Gregory - tenor saxophone, flutes Bud Beadle - baritone, alto & tenor saxophones Diane Stewart - vocals Catherine James – vocals Neemoi "Speedy" Acquaye - drums, percussion, African drums Additional personnel: Denny Laine - guitars, piano, vocals Rick Grech - bass guitar Harold McNair - tenor & alto saxophones, flutes Aliki Ashman - vocals Rocky Dzidzornu - percussion, conga https://www.youtube.com/watch?v=TNbCQVYwVuM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 28
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-12 19:23:25
Rozmiar: 407.72 MB
Peerów: 14
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Blue Effect (potem Modry Efekt) to chyba najlepsza czeska grupa - ze świetnym, by nie powiedzieć obłędnym gitarzystą Radimem Hladikiem. Ten wybitny, progresywny album bez wątpienia należy do PIERWSZEJ PIĄTKI ROCKA z Bloku Wschodniego! Nagrany w 1969 i 1970 winyl "Kingdom Of Life" przygotowany został z myślą o sprzedaży na rynek krajów Bloku Wschodniego. Tak naprawdę był to debiutancki LP "Meditace" (1970), z tą różnicą, że cztery kawałki z pierwszej strony zaśpiewane oryginalnie po czesku (umieszczone w bonusach - obok 6 nagrań z singli) zostały zastąpione angielskimi słowami nowego wokalisty i alternatywną okładką. Połączenie stylistyki Jethro Tull, Ten Years After, Led Zeppelin i The Moody Blues. Dlaczego u nas nie nagrywano takich płyt?!? Na tym 80-minutowym CD umieszczono wszystkie nagrania z wczesnego psych-progresywnego okresu twórczości zespołu, a który już w 1970 roku poszedł w nieco bardziej jazzowe, równie ekscytujące rejony. JL W Czechosłowacji, a konkretnie w Pradze, w latach 60-tych powstały dwa wielkie zespoły. Pierwszy, inspirował się głównie późnymi latami 50-tymi i awangardowymi jazzowymi wykonawcami takimi jak Ornette Coleman, Cecil Taylor i Sun Ra. To Jazz Q. Drugi, który zdołał przetrwać polityczne burze i zawieje stał się jednym z najbardziej utytułowanych zespołów epoki z krajów Europy Wschodniej. Prowadzony przez wokalistę i znakomitego asa gitary Radima Hladíka zaczynał jako zespół blues rockowy, by z biegiem lat stać się ikoną czeskiego rocka progresywnego i jazz-fusion. Nazywał się BLUE EFFECT. To był przełom września i października 1968 roku kiedy basista Jiří Kozel, wokalista Vladimír Mišík i perkusista Vlado Čech postanowili utworzyć blues rockowy zespół. Na gitarze miał grać kolega Kozela z grupy P-67, Petr Netopil. Przypadek sprawił, że w tym samym czasie Radim Hladik porzucił popularną formację Matadors i to on ostatecznie dołączył do tria Kozel-Mišík-Čech. Wymyślona przez Mišíka nazwa grupy, Special Blue Effect, rozpoczęła próby w praskim Nowym Klubie. Po raz pierwszy jako Blue Effect wystąpili pod koniec listopada w w Smíchovie, w tamtejszym Music F Club. Jan Křtitel Sýkora, wspaniały mag muzycznego dziennikarstwa z Czech, powitał ich na łamach magazynu „Pop Music Express” takimi oto słowami: „Nowa gwiazda zaświeciła nad beatowym Betlejem! Wszyscy spojrzeli w górę, pospieszyli ku niej i oddali jej cześć. A jasność jej była jasnoniebieska, więc postanowił nazwać ją Blue Effect”. Cóż, Czesi znani są z dobrego humoru, ale słowa Sýkory w pewnym stopniu były prorocze, bo już w grudniu triumfalny występ na II Muzycznym Festiwalu w Lucernie sprawił, że Blue Effect został ogłoszony odkryciem roku i zespołem sezonu, Radim Hladík muzykiem roku, a „Slunečný hrob”, pierwszy przebój grupy (wtedy jeszcze w angielskiej wersji jako „Sunny Grave”) piosenką sezonu. To utorowało im drogę do nagrania pierwszej małej płytki, która ukazała się dokładnie 1 lutego 1969 roku. Oprócz przeboju „Slunečný hrob” na stronie „B” znalazł się blues Muddy Watersa „I’ve Got My Mojo Working”. W pierwszym tygodniu singiel rozszedł się w niesamowitej ilości 12 tysięcy egzemplarzy; pół roku później liczba ta przekroczyła 50 tysięcy! Idąc za ciosem 19 kwietnia w praskim studio Mozarteum zrealizowali kilka nagrań z myślą o dużej płycie. Autorem angielskich tekstów byli Jiří Smetana i dr. Karel Kozel (ojciec basisty), a czeskie napisał Jaroslav Hutka. I tu na scenę wkroczyli cenzorzy, którzy nie zgadzali się ani z czeskimi tekstami (Hutka w tym czasie był na indeksie niechcianych artystów), ani z koncepcją artystyczną zespołu. Muzycy zostali zmuszeni do całkowitego przerobienia materiału. Z tej sesji uchowało się jedynie nagranie „Paměť Lásky”, które jako jedyne znalazło się na debiutanckim albumie „Meditace”, który tym razem nagrano w studiu Supraphonu, Dejvice w okresie od czerwca do sierpnia 1969 roku. Całość ukazała się rok później. To cud, że w ówczesnej atmosferze zakazów i szalejącej, bolszewickiej cenzury płyta w ogóle wyszła. Zespołowi czkawką odbijały się jeszcze zastrzeżenia co do artystycznego stylu albumu, a już gorliwy cenzorzy czepili się ponownie – tym razem nie spodobała im się okładka zaprojektowana przez Alana Pajera. Zdjęcie kolorowo ubranych muzyków-hipisów zostało zastąpione fatalną, niebieską fotografią. Na domiar złego wydawca (Supraphon), by obniżyć koszty produkcji zrezygnował z otwieranej okładki, w środku której było sporo bardzo ciekawych fotek zespołu. Pajer próbował to wszystko zrekonstruować podczas reedycji płyty niespełna pięćdziesiąt lat później, ale materiały fotograficzne niestety przepadły. Pamiętając, że Blue Effect na początku był zespołem blues rockowym można byłoby się spodziewać, że to ten gatunek zdominuje płytę. Oczywiście wpływy bluesa są, ale „Meditace” to eklektyczna mieszanka blues rocka, gitarowo-rockowych ballad, wczesnego psychodelicznego i symfonicznego rocka. Album jeszcze nie tak jazzowy jak ich późniejsze produkcje, ale błyszczy zarówno muzyczną formą, jak i tekstami, głównie filozoficznym myśleniem o różnych aspektach życia i śmierci śpiewane po czesku (gościnnie Lesek Semelka ) i angielsku (Vladimír Mišík). Nie mam nic przeciwko językowi czeskiemu, ale wydaje mi się, że piosenki śpiewane w języku Szekspira są bardziej genialne, mają większą energię i pasują do charakteru muzyki zespołu. Melorecytacja i symfoniczne elementy w otwierającym płytę utworze „Paměť Lásky” bliższe są symfonicznemu prog rockowi, co w momencie nagrywania płyty było, przynajmniej w tej części Europy, pewnym novum. Ale jest rok 1969 i wpływy psychodelii (szczególnie tej amerykańskiej) słychać w hipisowskim „Blue Effect Street”. Warto zwrócić uwagę na grę Hladika w tym nagraniu, który w specyficzny sposób uderza w struny gitary; dekadę później będą tak grać metalowi wioślarze. Eklektyczny „Fenix” na pozór wydaje się rhythm and bluesowym numerem (dęte, specyficzny wokal) gdyby nie to, że w ciągu kilku sekund przechodzi od ciekawie zaczynającego się bluesa przez symfoniczne brzmienie do beatu. W tej prostej i na pozór banalnej melodii tkwi jakaś magia lat 60-tych, która zawsze mnie urzeka. Z kolei „Stroj na nic” to blues-rockowa piosenka ze świetną gitarą w tle pokazującą raz jeszcze fascynację zespołu amerykańską muzyką rockową. Jak na te czasy oznaczało to coś oryginalnego i było też aktem odwagi ze strony muzyków. Wszak grali muzykę zza Żelaznej Kurtyny tuż po represjach po „praskiej wiośnie”. Pierwszą stronę oryginalnej płyty kończy pięknie zagrana, w stylu średniowiecznego madrygału, instrumentalna, akustyczna wersja przeboju „Slunečný hrob” czym, przyznam szczerze, mile mnie zaskoczyli. Drugą stronę rozpoczyna kapitalne „Děvčátko”. Być może dla wielu to tylko typowy numer bluesowy. Mnie urzeka tu fantastyczne, acidowe solo zagrane na flecie. I co ciekawe – gitara brzmi bardziej jazzowo niż blues rockowo. Psychodeliczną ucztę zespół serwuje w nagraniu „Osamělá Ulice”. W momencie, gdy melodia przechodzi przez akustyczne akordy, a brzmienie zbliża się w stronę The Moody Blues z odrobiną Hendrixa robi się bardziej progresywnie. Szkoda, że tak dobrze zapowiadający się utwór kończy się już po trzech minutach z sekundami. Mam niedosyt! Apetyt w pewnym stopniu zostaje zaspokojony kolejnym, tym razem ośmiominutowym numerem „Kamenné Blues”. Toczący się jak walec drogowy powolny, „standardowy” blues z pięknie wyeksponowanym basem grającym wystarczająco głośno, by wypełnić brak klawiszy. przywodzi mi na myśl Led Zeppelin z pierwszej płyty. Kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty pomyślałem sobie, że ten fenomenalny kawałek, od którego długo nie mogłem się potem uwolnić, powinien znaleźć się w repertuarze Led Zeppelin… „Deštivý Den” też jest bluesowy, ale i rockowy, z mocnym i czystym wokalem. Ta piosenka przewiduje niejako nadejście „Very 'Eavy Very 'Umble”, ale Uriah Heep pojawią się później. Płytę zamyka „Kde Je Má Hvězda”. To jeden z najbardziej progresywnych utworów na albumie i niesamowicie prekursorski. Solówka w środku to niemal klasyczny blues rock. Jednak ta piosenka zawiera pewne ślady eklektyzmu i eksperymentalizmu, które Blue Effect zastosuje później. Towarzysze z Supraphonu zdecydowali później, że jeśli chłopcy zaśpiewają to po angielsku, płyta może sprzedawać się poza granicami w kraju (konkretnie w bratnich państwach Bloku Wschodniego). W tym celu trzeba było przekonwertować cztery kompozycje z czeskiego na angielski. Problem był taki, że tuż po nagraniu płyty z zespołem pożegnał się Mišík, a Lešek Semelka nie czuł się na siłach, by śpiewać po angielsku. Na szczęście ten pierwszy przyjął zaproszenie choć zaśpiewał tylko w jednym utworze. Nie wiadomo co stało się w studio bowiem pozostałe trzy zaśpiewał… Semelka, co na długie lata pogorszyły i tak napięte relacje zespołu z Mišíkiem. Po tych zawirowaniach album pod nazwą „Kingdom Of Life” został w końcu wydany wiosną 1971 roku. Od strony muzycznej, poza tekstami zaśpiewanymi po angielsku i tytułami, które otrzymały takowe zamienniki, nic się tu nie zmieniło. Te ostatnie są nawet bardziej komunikatywne. I tak np. „Paměť Lásky” nazywa się tu „Kingdom Of Life”, „Děvčátko” to „Little Girl”, zaś „Deserted Alley „ brzmi lepiej niż „Osamělá Ulice”, a „Blues About Stone” od „Kamenné Blues”... Kiedy „Kingdom Of Life” ukazał się na rynku Blue Effect wraz z grupą Jazz Q Praha kilka miesięcy wcześniej (grudzień 1970) wydał album „Coniuncto”. Postęp jaki uczynili był oszałamiający! Przejście od blues rocka do totalnie szalonego, swobodnego jazzu jest wręcz niewiarygodna. Odtąd, aż do końca swej działalności, nie przestali się rozwijać. Nie oglądając się za siebie, szturmowali dalej i dalej. Nie mniej „Meditace” był początkiem ich wspaniałej podróży. Podróży do wielkości i geniuszu. Zibi Certainly not just Blues, even I have to agree that there are influences of this genre. After all, this band started like Blues band, doing also some covers of USA Blues bands. However, Meditace (Meditation) is very mature release. Even still not so Jazz as their later albums, this album shines both in music form and lyrics (mostly philosophical thinking about various aspects of life and death). There is strong Symphonic inspiration, but in Czech style, which means that you can have symphonic melody with trumpets playing + harmonica here and there. It's possibility, because it was simply the way how things were made here. Blue Effect were trying to keep their heads above rising water of "normalization" (bans on bands, oppression on free-thinking and anti-socialistic ideas, such as English names / lyrics). Meditace hits me emotionally, it's first hand confession about times, when it still was quite good (considering what will came in 70s, so they had to move to Jazz later). Stroj na nic (Machine for nothing) is - you guess - about machine that does nothing, but everyone admires it. I sense ironic double meaning. It's more Rock song, but it has its better Prog moments too, especially it shows how great Czech guitar virtuoso Radim Hladík can play. Even there are other songs/albums where he can do better. However, some songs are simply unable to abandon blues basis completely and this, from Prog point of view, prevents it from reaching higher ratings. On the other hand, there is plethora of ideas, really original ideas made from both desperation and from need to create. Lineup on this album is full of people who will become either masters of their genres (lyricists, guitarists) or simply very respected musicians. Marty McFly ..::TRACK-LIST::.. 1. Kingdom Of Life 4:03 2. White Hair 4:22 3. You'll Stay With Me 4:23 4. Brother's Song 2:19 5. Sunny Grave 1:48 6. Little Girl 3:53 7. Deserted Alley 3:08 8. Blues About Stone 7:58 9. Rainy Day 3:54 10. Where Is My Star 3:28 Bonus Tracks: 11. Paměť Lásky (From "Meditace" LP) 4:02 12. Blue Effect Street (From "Meditace" LP) 4:04 13. Fénix (From "Meditace" LP) 4:25 14. Stroj Na Nic (From "Meditace" LP) 2:24 15. Snakes (From "Snakes" EP) 2:25 16. I Like The World (Sun Is So Bright) (From "Snakes" EP) 3:05 17. Sen Není Věčný (From "Snakes" EP) 3:25 18. Blue Taxi (From "Snakes" EP) 2:37 19. Slunečný Hrob (A-side, 1969) 3:22 20. I've Got My Mojo Working (B-side, 1969) 3:44 ..::OBSADA::.. Radim Hladík - lead guitar, sitar Vladimír Misík - flute, vocals (2,6-10) Jiří Kozel - bass Vlado Čech - drums With: Lesek Semelka - vocals (1,3,4) Milos Svoboda - guitar (1) Jaroslav Kummermann - narrator (1) https://www.youtube.com/watch?v=Clom3Ko-Tv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-11 17:00:33
Rozmiar: 170.23 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Blue Effect (potem Modry Efekt) to chyba najlepsza czeska grupa - ze świetnym, by nie powiedzieć obłędnym gitarzystą Radimem Hladikiem. Ten wybitny, progresywny album bez wątpienia należy do PIERWSZEJ PIĄTKI ROCKA z Bloku Wschodniego! Nagrany w 1969 i 1970 winyl "Kingdom Of Life" przygotowany został z myślą o sprzedaży na rynek krajów Bloku Wschodniego. Tak naprawdę był to debiutancki LP "Meditace" (1970), z tą różnicą, że cztery kawałki z pierwszej strony zaśpiewane oryginalnie po czesku (umieszczone w bonusach - obok 6 nagrań z singli) zostały zastąpione angielskimi słowami nowego wokalisty i alternatywną okładką. Połączenie stylistyki Jethro Tull, Ten Years After, Led Zeppelin i The Moody Blues. Dlaczego u nas nie nagrywano takich płyt?!? Na tym 80-minutowym CD umieszczono wszystkie nagrania z wczesnego psych-progresywnego okresu twórczości zespołu, a który już w 1970 roku poszedł w nieco bardziej jazzowe, równie ekscytujące rejony. JL W Czechosłowacji, a konkretnie w Pradze, w latach 60-tych powstały dwa wielkie zespoły. Pierwszy, inspirował się głównie późnymi latami 50-tymi i awangardowymi jazzowymi wykonawcami takimi jak Ornette Coleman, Cecil Taylor i Sun Ra. To Jazz Q. Drugi, który zdołał przetrwać polityczne burze i zawieje stał się jednym z najbardziej utytułowanych zespołów epoki z krajów Europy Wschodniej. Prowadzony przez wokalistę i znakomitego asa gitary Radima Hladíka zaczynał jako zespół blues rockowy, by z biegiem lat stać się ikoną czeskiego rocka progresywnego i jazz-fusion. Nazywał się BLUE EFFECT. To był przełom września i października 1968 roku kiedy basista Jiří Kozel, wokalista Vladimír Mišík i perkusista Vlado Čech postanowili utworzyć blues rockowy zespół. Na gitarze miał grać kolega Kozela z grupy P-67, Petr Netopil. Przypadek sprawił, że w tym samym czasie Radim Hladik porzucił popularną formację Matadors i to on ostatecznie dołączył do tria Kozel-Mišík-Čech. Wymyślona przez Mišíka nazwa grupy, Special Blue Effect, rozpoczęła próby w praskim Nowym Klubie. Po raz pierwszy jako Blue Effect wystąpili pod koniec listopada w w Smíchovie, w tamtejszym Music F Club. Jan Křtitel Sýkora, wspaniały mag muzycznego dziennikarstwa z Czech, powitał ich na łamach magazynu „Pop Music Express” takimi oto słowami: „Nowa gwiazda zaświeciła nad beatowym Betlejem! Wszyscy spojrzeli w górę, pospieszyli ku niej i oddali jej cześć. A jasność jej była jasnoniebieska, więc postanowił nazwać ją Blue Effect”. Cóż, Czesi znani są z dobrego humoru, ale słowa Sýkory w pewnym stopniu były prorocze, bo już w grudniu triumfalny występ na II Muzycznym Festiwalu w Lucernie sprawił, że Blue Effect został ogłoszony odkryciem roku i zespołem sezonu, Radim Hladík muzykiem roku, a „Slunečný hrob”, pierwszy przebój grupy (wtedy jeszcze w angielskiej wersji jako „Sunny Grave”) piosenką sezonu. To utorowało im drogę do nagrania pierwszej małej płytki, która ukazała się dokładnie 1 lutego 1969 roku. Oprócz przeboju „Slunečný hrob” na stronie „B” znalazł się blues Muddy Watersa „I’ve Got My Mojo Working”. W pierwszym tygodniu singiel rozszedł się w niesamowitej ilości 12 tysięcy egzemplarzy; pół roku później liczba ta przekroczyła 50 tysięcy! Idąc za ciosem 19 kwietnia w praskim studio Mozarteum zrealizowali kilka nagrań z myślą o dużej płycie. Autorem angielskich tekstów byli Jiří Smetana i dr. Karel Kozel (ojciec basisty), a czeskie napisał Jaroslav Hutka. I tu na scenę wkroczyli cenzorzy, którzy nie zgadzali się ani z czeskimi tekstami (Hutka w tym czasie był na indeksie niechcianych artystów), ani z koncepcją artystyczną zespołu. Muzycy zostali zmuszeni do całkowitego przerobienia materiału. Z tej sesji uchowało się jedynie nagranie „Paměť Lásky”, które jako jedyne znalazło się na debiutanckim albumie „Meditace”, który tym razem nagrano w studiu Supraphonu, Dejvice w okresie od czerwca do sierpnia 1969 roku. Całość ukazała się rok później. To cud, że w ówczesnej atmosferze zakazów i szalejącej, bolszewickiej cenzury płyta w ogóle wyszła. Zespołowi czkawką odbijały się jeszcze zastrzeżenia co do artystycznego stylu albumu, a już gorliwy cenzorzy czepili się ponownie – tym razem nie spodobała im się okładka zaprojektowana przez Alana Pajera. Zdjęcie kolorowo ubranych muzyków-hipisów zostało zastąpione fatalną, niebieską fotografią. Na domiar złego wydawca (Supraphon), by obniżyć koszty produkcji zrezygnował z otwieranej okładki, w środku której było sporo bardzo ciekawych fotek zespołu. Pajer próbował to wszystko zrekonstruować podczas reedycji płyty niespełna pięćdziesiąt lat później, ale materiały fotograficzne niestety przepadły. Pamiętając, że Blue Effect na początku był zespołem blues rockowym można byłoby się spodziewać, że to ten gatunek zdominuje płytę. Oczywiście wpływy bluesa są, ale „Meditace” to eklektyczna mieszanka blues rocka, gitarowo-rockowych ballad, wczesnego psychodelicznego i symfonicznego rocka. Album jeszcze nie tak jazzowy jak ich późniejsze produkcje, ale błyszczy zarówno muzyczną formą, jak i tekstami, głównie filozoficznym myśleniem o różnych aspektach życia i śmierci śpiewane po czesku (gościnnie Lesek Semelka ) i angielsku (Vladimír Mišík). Nie mam nic przeciwko językowi czeskiemu, ale wydaje mi się, że piosenki śpiewane w języku Szekspira są bardziej genialne, mają większą energię i pasują do charakteru muzyki zespołu. Melorecytacja i symfoniczne elementy w otwierającym płytę utworze „Paměť Lásky” bliższe są symfonicznemu prog rockowi, co w momencie nagrywania płyty było, przynajmniej w tej części Europy, pewnym novum. Ale jest rok 1969 i wpływy psychodelii (szczególnie tej amerykańskiej) słychać w hipisowskim „Blue Effect Street”. Warto zwrócić uwagę na grę Hladika w tym nagraniu, który w specyficzny sposób uderza w struny gitary; dekadę później będą tak grać metalowi wioślarze. Eklektyczny „Fenix” na pozór wydaje się rhythm and bluesowym numerem (dęte, specyficzny wokal) gdyby nie to, że w ciągu kilku sekund przechodzi od ciekawie zaczynającego się bluesa przez symfoniczne brzmienie do beatu. W tej prostej i na pozór banalnej melodii tkwi jakaś magia lat 60-tych, która zawsze mnie urzeka. Z kolei „Stroj na nic” to blues-rockowa piosenka ze świetną gitarą w tle pokazującą raz jeszcze fascynację zespołu amerykańską muzyką rockową. Jak na te czasy oznaczało to coś oryginalnego i było też aktem odwagi ze strony muzyków. Wszak grali muzykę zza Żelaznej Kurtyny tuż po represjach po „praskiej wiośnie”. Pierwszą stronę oryginalnej płyty kończy pięknie zagrana, w stylu średniowiecznego madrygału, instrumentalna, akustyczna wersja przeboju „Slunečný hrob” czym, przyznam szczerze, mile mnie zaskoczyli. Drugą stronę rozpoczyna kapitalne „Děvčátko”. Być może dla wielu to tylko typowy numer bluesowy. Mnie urzeka tu fantastyczne, acidowe solo zagrane na flecie. I co ciekawe – gitara brzmi bardziej jazzowo niż blues rockowo. Psychodeliczną ucztę zespół serwuje w nagraniu „Osamělá Ulice”. W momencie, gdy melodia przechodzi przez akustyczne akordy, a brzmienie zbliża się w stronę The Moody Blues z odrobiną Hendrixa robi się bardziej progresywnie. Szkoda, że tak dobrze zapowiadający się utwór kończy się już po trzech minutach z sekundami. Mam niedosyt! Apetyt w pewnym stopniu zostaje zaspokojony kolejnym, tym razem ośmiominutowym numerem „Kamenné Blues”. Toczący się jak walec drogowy powolny, „standardowy” blues z pięknie wyeksponowanym basem grającym wystarczająco głośno, by wypełnić brak klawiszy. przywodzi mi na myśl Led Zeppelin z pierwszej płyty. Kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty pomyślałem sobie, że ten fenomenalny kawałek, od którego długo nie mogłem się potem uwolnić, powinien znaleźć się w repertuarze Led Zeppelin… „Deštivý Den” też jest bluesowy, ale i rockowy, z mocnym i czystym wokalem. Ta piosenka przewiduje niejako nadejście „Very 'Eavy Very 'Umble”, ale Uriah Heep pojawią się później. Płytę zamyka „Kde Je Má Hvězda”. To jeden z najbardziej progresywnych utworów na albumie i niesamowicie prekursorski. Solówka w środku to niemal klasyczny blues rock. Jednak ta piosenka zawiera pewne ślady eklektyzmu i eksperymentalizmu, które Blue Effect zastosuje później. Towarzysze z Supraphonu zdecydowali później, że jeśli chłopcy zaśpiewają to po angielsku, płyta może sprzedawać się poza granicami w kraju (konkretnie w bratnich państwach Bloku Wschodniego). W tym celu trzeba było przekonwertować cztery kompozycje z czeskiego na angielski. Problem był taki, że tuż po nagraniu płyty z zespołem pożegnał się Mišík, a Lešek Semelka nie czuł się na siłach, by śpiewać po angielsku. Na szczęście ten pierwszy przyjął zaproszenie choć zaśpiewał tylko w jednym utworze. Nie wiadomo co stało się w studio bowiem pozostałe trzy zaśpiewał… Semelka, co na długie lata pogorszyły i tak napięte relacje zespołu z Mišíkiem. Po tych zawirowaniach album pod nazwą „Kingdom Of Life” został w końcu wydany wiosną 1971 roku. Od strony muzycznej, poza tekstami zaśpiewanymi po angielsku i tytułami, które otrzymały takowe zamienniki, nic się tu nie zmieniło. Te ostatnie są nawet bardziej komunikatywne. I tak np. „Paměť Lásky” nazywa się tu „Kingdom Of Life”, „Děvčátko” to „Little Girl”, zaś „Deserted Alley „ brzmi lepiej niż „Osamělá Ulice”, a „Blues About Stone” od „Kamenné Blues”... Kiedy „Kingdom Of Life” ukazał się na rynku Blue Effect wraz z grupą Jazz Q Praha kilka miesięcy wcześniej (grudzień 1970) wydał album „Coniuncto”. Postęp jaki uczynili był oszałamiający! Przejście od blues rocka do totalnie szalonego, swobodnego jazzu jest wręcz niewiarygodna. Odtąd, aż do końca swej działalności, nie przestali się rozwijać. Nie oglądając się za siebie, szturmowali dalej i dalej. Nie mniej „Meditace” był początkiem ich wspaniałej podróży. Podróży do wielkości i geniuszu. Zibi Certainly not just Blues, even I have to agree that there are influences of this genre. After all, this band started like Blues band, doing also some covers of USA Blues bands. However, Meditace (Meditation) is very mature release. Even still not so Jazz as their later albums, this album shines both in music form and lyrics (mostly philosophical thinking about various aspects of life and death). There is strong Symphonic inspiration, but in Czech style, which means that you can have symphonic melody with trumpets playing + harmonica here and there. It's possibility, because it was simply the way how things were made here. Blue Effect were trying to keep their heads above rising water of "normalization" (bans on bands, oppression on free-thinking and anti-socialistic ideas, such as English names / lyrics). Meditace hits me emotionally, it's first hand confession about times, when it still was quite good (considering what will came in 70s, so they had to move to Jazz later). Stroj na nic (Machine for nothing) is - you guess - about machine that does nothing, but everyone admires it. I sense ironic double meaning. It's more Rock song, but it has its better Prog moments too, especially it shows how great Czech guitar virtuoso Radim Hladík can play. Even there are other songs/albums where he can do better. However, some songs are simply unable to abandon blues basis completely and this, from Prog point of view, prevents it from reaching higher ratings. On the other hand, there is plethora of ideas, really original ideas made from both desperation and from need to create. Lineup on this album is full of people who will become either masters of their genres (lyricists, guitarists) or simply very respected musicians. Marty McFly ..::TRACK-LIST::.. 1. Kingdom Of Life 4:03 2. White Hair 4:22 3. You'll Stay With Me 4:23 4. Brother's Song 2:19 5. Sunny Grave 1:48 6. Little Girl 3:53 7. Deserted Alley 3:08 8. Blues About Stone 7:58 9. Rainy Day 3:54 10. Where Is My Star 3:28 Bonus Tracks: 11. Paměť Lásky (From "Meditace" LP) 4:02 12. Blue Effect Street (From "Meditace" LP) 4:04 13. Fénix (From "Meditace" LP) 4:25 14. Stroj Na Nic (From "Meditace" LP) 2:24 15. Snakes (From "Snakes" EP) 2:25 16. I Like The World (Sun Is So Bright) (From "Snakes" EP) 3:05 17. Sen Není Věčný (From "Snakes" EP) 3:25 18. Blue Taxi (From "Snakes" EP) 2:37 19. Slunečný Hrob (A-side, 1969) 3:22 20. I've Got My Mojo Working (B-side, 1969) 3:44 ..::OBSADA::.. Radim Hladík - lead guitar, sitar Vladimír Misík - flute, vocals (2,6-10) Jiří Kozel - bass Vlado Čech - drums With: Lesek Semelka - vocals (1,3,4) Milos Svoboda - guitar (1) Jaroslav Kummermann - narrator (1) https://www.youtube.com/watch?v=Clom3Ko-Tv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-11 16:55:14
Rozmiar: 489.28 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwotnie wydany (i tam również nagrany) wyłącznie w RPA, świetny, progresywny album z 1974 roku i zarazem solowy debiut pochodzącego z Wielkiej Brytanii klawiszowca, po latach znanego m.in. z płyt Camel, Cockney Rebel, Kate Bush (pierwsze trzy) i Budgie. Wydany niegdyś przez Vertigo (i wart obecnie ok. 200 euro) album zawierał połączenie stylistyki Refugee, Morgan i wczesnego Wakemana. Trzy długie kompozycje oparte na przeróżnych brzmieniach klawiszy (oczywiście z sekcją rytmiczną) i na szczęście bez nudnawych dłużyzn. To jest art-rock z najwyższej półki! Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii Mackay grał m.in. na płytach takich wykonawców, jak Baker Gurvitz Army, Colosseum ll, Cockney Rebel, Kate Bush, Camel, Budgie oraz Alan Parsons Project. JL Robiąc porządki w zapomnianej szafce natknąłem się na ten właśnie album. Przegrałem go sobie od kolegi, który kilka lat temu pożyczył mi kompakt. Miałem ten album już wcześniej na winylu, jednak na stronie drugiej widnieje rysa, przez którą komfort słuchania dalece odbiega od stanu satysfakcji. Przegrywany CDek pozostał co mnie bardzo cieszy. Raz, że mogę tej płyty wysłuchać w całości, dwa, kompakt zawiera dodatkowy utwór o którym tu tylko wspomnę na sam koniec. Jedziemy… Dunkan urodził się w Leeds w Anglii, jednak jako młody chłopak przeprowadził się wraz z rodzicami do Johannesburga w RPA. Tam zainteresował się instrumentami klawiszowymi, a efekt jego pracy możemy wysłuchać właśnie na tym albumie. To znakomite progresywne granie w którym jako żywo możemy doszukać się odniesień do takich tuzów jak Keith Emerson, Rick Wakeman czy Patrick Moraz. W nagraniu tej płyty udział wzięło jedynie trzech facetów. Oczywiście Duncan, jego brat Gordon, który zagrał tu na fortepianach i skrzypcach oraz perkusista Mike Gray. Na albumie znalazły się trzy pozycje. Stronę pierwszą otwiera utwór zatytułowany Morpheus. To w tym utworze usłyszymy większość partii śpiewanych na całym tym albumie. Przyznam szczerze, że głos Duncana nie porywa jakoś szczególnie, jednak tragedii nie ma i można przymknąć oko na pewne niedociągnięcia. Od pierwszych sekund atakują nas organy Hammonda, syntezatory i fantastyczny fortepian. Całość wyśmienicie napędza perkusja. No i chwilę później pojawia się rzeczony głos Duncana. Jak pisałem nie razi, nie fałszuje jednak nie do końca mi odpowiada. Cały utwór to świetne melodie i odniesienia do wielu stylów muzycznych. Usłyszymy tu zarówno dźwięki bluesowe, jazzowe czy w końcu rockowe. Wszystko to połączone jest z ogromnym smakiem i wyczuciem. Co jeszcze? Ciekawe zmiany tempa (w większej części utwór jednak galopuje) i wiele pomysłów. Jak wspomniałem na początku cały urok tego utworu to Hammondy kapitalnie współpracujące z fortepianem. Mocny, trwający ponad jedenaście minut początek płyty. Na stronie pierwszej czarnego wydania znalazł się jeszcze jeden utwór. 12 Tone Nostalgia bo taki nosi on tytuł w rzeczy samej rozpoczyna się nostalgicznie. To kompozycja w całości instrumentalna. Na początek świetne organy i ponownie fortepian wprowadzające element zadumy i skupienia. Słychać tu wyraźnie echa Bacha i ELP. W dalszej części w całości dominuje Mackay i jego Hammond oraz syntezatorowe wariacje. Plus oczywiście znakomita perkusja. Gdzieś na chwilkę pojawiają się skrzypce drugiego z braci Mackay. Świetne symfoniczne zakończenie. Stronę drugą wypełnia w całości trwający niemal dwadzieścia minut gigant zatytułowany Song For Witches. Utwór rozpoczynają odgłosy burzy. Walą pioruny, leje deszcz i mocno wieje. Wchodzą klawisze. Dość złowrogi syntezatorowy początek przechodzi w organową psychodeliczną część. Ta, kilka minut później utwór przeradza się i mamy kapitalny jazzowy fragment (brawa w szczególności dla fortepianu, ale i Mike Gray radzi sobie doskonale). Po nim wracamy do symfonicznego brzmienia i Hammonda na czele. Tu Mackay znakomicie dozuje słuchaczowi napięcie, zmienia tempo od wolnego do wręcz szaleńczych galopów. Fantastyczne są te wszystkie przejścia, pomysły i wirtuozeria. W okolicach dwunastej minuty ponownie do głosu dochodzi fortepian, który też niezwykle czaruje. Następnie organy kościelne, powiew gotyku i wreszcie jak w utworze pierwszym śpiew Duncana. Ostatnie minuty to już pokaz kunsztu w grze na instrumentach klawiszowych. Jako wisienka na torcie wspaniała solówka na perkusji. Kompaktowe wznowienie zawiera dodatkowy utwór (The Opening). Ten pochodzi z roku 1990 i pasuje do reszty płyty jak pięść do nosa. Nie, nie jest zły, ale wyraźnie słychać z jakiego okresu pochodzi i nowoczesność brzmienia nijak nie pasuje do oryginalnego materiału. Po co to wydawca zrobił? Pewnie dla zachęty. Reasumując. Chimera to naprawdę bardzo dobry album. Szkoda jedynie, że nieco zapomniany. Jak pisałem na samym wstępie słychać tu wiele odniesień muzycznych do takich zespołów jak ELP, Refugee, The Nice czy niemieckiego Triumvirat. Miłośnicy organowej czy nawet idąc dalej, klawiszowej odmiany rocka progresywnego znajdą tu dla siebie całą masę kapitalnych partii, melodii i dźwięków. Na sam koniec dodam jeszcze tylko, że Mackay po Chimerze nadal tworzył i nagrywał. Przeniósł się z powrotem do Anglii i tam współpracował między innymi z grupą Camel, Alan Parsons Project czy Kate Bush. SzyMon The long time forgotten keyboardist DUNCAN MCKAY has at last been added to Prog Archives database by the Symphonic Team, so it's time to review his 1974 release "Chimera", an impressive work with great music but sadly almost unknown, due to the hard competition of the early 70's. The album presents us an impressive display of keyboards of all kinds, piano, Hammond B3 organ, Denon electric piano, clavichord, ARP synthesizer ,etc, all taken to the maximum of their possibilities by MACKAY who does a very competent work. But that's not all, DUNCAN has a pretty decent voice and is supported by his brother Gordon, who adds some piano and violin, plus Mike Gray in the drums...Yes, it's true, no guitar or bass. "Chimera" is opened with the strange "Morpheus", contrary to what the name may imply, the song has nothing dreamy or oneiric, as a fact is a frenetic song with multiple and radical changes of style, that go from pristine Symphonic with clear Rick Wakeman references to hard and excessive in the mood of Keith Emerson with a touch of Jürgen Fritz from TRIUMVIRAT. The vocals are good enough and the drums are outstanding, a solid track from start to end, maybe a bit bombastic but strong and interesting The second track "12 Tone Nostalgia" starts dramatic and sober, with a dramatic edge, and even when MACKAY explores all the possibilities of the keyboards, that heavy and almost Psychedelic atmosphere provided by the Hammond Organ adds emotion and sentiment. The instrumental breaks marks a change; from being sober and nostalgic, the song changes into bombastic and unpredictable, MACKAY includes everything, from Bach inspired music to ELP oriented passages, and incredibly "REFUGEE" sounds (something hard to believe because both albums were released in 1974). Maybe people will say it's pompous and self indulgent....But that's the reason why I love it, at the end...Isn't that what we seek for in Prog Rock? The original release ends with the 19:15 minutes epic "Song for Witches", a really strange song that begins with a clear Psychedelic inheritance, MACKAY and band jam with the instruments as if they were in the late 60's, and suddenly, when less expected they move into a frenetic Jazz section, with a slight MAHAVISHNU influence, but this doesn't last too long, MACKLAY as usual returns to the complex fantasia of sounds and influences that go from Classical, Baroque and Gothic to something that could had been released by THE NICE...The guys is absolutely versatile and this deserves credit. My copy of "Chimera" is closed by a 1990 released bonus track contradictorily named "The Opening", even when it's obvious that MACKAY'S skills have improved even more, the sound is radically different, more modern and with a strong mainstream component in the vein of late ALAN PARSONS PROJECT, but we are here to talk about the original release, and even when the song is entertaining, sounds completely out of place in a 1974 release, and for that reason doesn't alter my opinion about the original album. I believe "Chimera" is a forgotten gem that deserves no less than 4 stars, so except for people who dislike pompous music, it's highly recommended. Ivan Melgar M ..::TRACK-LIST::.. 1. Morpheus 11:15 2. Twelve Tone Nostalgia 8:09 3. Song For Witches 19:35 ..::OBSADA::.. Vocals, Piano, Electric Piano, Synthesizer, Organ [Hammond B3], Clavichord, Bass [Pedal] - Duncan Mackay Violin, Electric Piano, Piano - Gordon Mackay Drums, Backing Vocals - Mike Gray https://www.youtube.com/watch?v=UXRA3UozSYo SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-08 19:16:07
Rozmiar: 89.97 MB
Peerów: 25
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwotnie wydany (i tam również nagrany) wyłącznie w RPA, świetny, progresywny album z 1974 roku i zarazem solowy debiut pochodzącego z Wielkiej Brytanii klawiszowca, po latach znanego m.in. z płyt Camel, Cockney Rebel, Kate Bush (pierwsze trzy) i Budgie. Wydany niegdyś przez Vertigo (i wart obecnie ok. 200 euro) album zawierał połączenie stylistyki Refugee, Morgan i wczesnego Wakemana. Trzy długie kompozycje oparte na przeróżnych brzmieniach klawiszy (oczywiście z sekcją rytmiczną) i na szczęście bez nudnawych dłużyzn. To jest art-rock z najwyższej półki! Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii Mackay grał m.in. na płytach takich wykonawców, jak Baker Gurvitz Army, Colosseum ll, Cockney Rebel, Kate Bush, Camel, Budgie oraz Alan Parsons Project. JL Robiąc porządki w zapomnianej szafce natknąłem się na ten właśnie album. Przegrałem go sobie od kolegi, który kilka lat temu pożyczył mi kompakt. Miałem ten album już wcześniej na winylu, jednak na stronie drugiej widnieje rysa, przez którą komfort słuchania dalece odbiega od stanu satysfakcji. Przegrywany CDek pozostał co mnie bardzo cieszy. Raz, że mogę tej płyty wysłuchać w całości, dwa, kompakt zawiera dodatkowy utwór o którym tu tylko wspomnę na sam koniec. Jedziemy… Dunkan urodził się w Leeds w Anglii, jednak jako młody chłopak przeprowadził się wraz z rodzicami do Johannesburga w RPA. Tam zainteresował się instrumentami klawiszowymi, a efekt jego pracy możemy wysłuchać właśnie na tym albumie. To znakomite progresywne granie w którym jako żywo możemy doszukać się odniesień do takich tuzów jak Keith Emerson, Rick Wakeman czy Patrick Moraz. W nagraniu tej płyty udział wzięło jedynie trzech facetów. Oczywiście Duncan, jego brat Gordon, który zagrał tu na fortepianach i skrzypcach oraz perkusista Mike Gray. Na albumie znalazły się trzy pozycje. Stronę pierwszą otwiera utwór zatytułowany Morpheus. To w tym utworze usłyszymy większość partii śpiewanych na całym tym albumie. Przyznam szczerze, że głos Duncana nie porywa jakoś szczególnie, jednak tragedii nie ma i można przymknąć oko na pewne niedociągnięcia. Od pierwszych sekund atakują nas organy Hammonda, syntezatory i fantastyczny fortepian. Całość wyśmienicie napędza perkusja. No i chwilę później pojawia się rzeczony głos Duncana. Jak pisałem nie razi, nie fałszuje jednak nie do końca mi odpowiada. Cały utwór to świetne melodie i odniesienia do wielu stylów muzycznych. Usłyszymy tu zarówno dźwięki bluesowe, jazzowe czy w końcu rockowe. Wszystko to połączone jest z ogromnym smakiem i wyczuciem. Co jeszcze? Ciekawe zmiany tempa (w większej części utwór jednak galopuje) i wiele pomysłów. Jak wspomniałem na początku cały urok tego utworu to Hammondy kapitalnie współpracujące z fortepianem. Mocny, trwający ponad jedenaście minut początek płyty. Na stronie pierwszej czarnego wydania znalazł się jeszcze jeden utwór. 12 Tone Nostalgia bo taki nosi on tytuł w rzeczy samej rozpoczyna się nostalgicznie. To kompozycja w całości instrumentalna. Na początek świetne organy i ponownie fortepian wprowadzające element zadumy i skupienia. Słychać tu wyraźnie echa Bacha i ELP. W dalszej części w całości dominuje Mackay i jego Hammond oraz syntezatorowe wariacje. Plus oczywiście znakomita perkusja. Gdzieś na chwilkę pojawiają się skrzypce drugiego z braci Mackay. Świetne symfoniczne zakończenie. Stronę drugą wypełnia w całości trwający niemal dwadzieścia minut gigant zatytułowany Song For Witches. Utwór rozpoczynają odgłosy burzy. Walą pioruny, leje deszcz i mocno wieje. Wchodzą klawisze. Dość złowrogi syntezatorowy początek przechodzi w organową psychodeliczną część. Ta, kilka minut później utwór przeradza się i mamy kapitalny jazzowy fragment (brawa w szczególności dla fortepianu, ale i Mike Gray radzi sobie doskonale). Po nim wracamy do symfonicznego brzmienia i Hammonda na czele. Tu Mackay znakomicie dozuje słuchaczowi napięcie, zmienia tempo od wolnego do wręcz szaleńczych galopów. Fantastyczne są te wszystkie przejścia, pomysły i wirtuozeria. W okolicach dwunastej minuty ponownie do głosu dochodzi fortepian, który też niezwykle czaruje. Następnie organy kościelne, powiew gotyku i wreszcie jak w utworze pierwszym śpiew Duncana. Ostatnie minuty to już pokaz kunsztu w grze na instrumentach klawiszowych. Jako wisienka na torcie wspaniała solówka na perkusji. Kompaktowe wznowienie zawiera dodatkowy utwór (The Opening). Ten pochodzi z roku 1990 i pasuje do reszty płyty jak pięść do nosa. Nie, nie jest zły, ale wyraźnie słychać z jakiego okresu pochodzi i nowoczesność brzmienia nijak nie pasuje do oryginalnego materiału. Po co to wydawca zrobił? Pewnie dla zachęty. Reasumując. Chimera to naprawdę bardzo dobry album. Szkoda jedynie, że nieco zapomniany. Jak pisałem na samym wstępie słychać tu wiele odniesień muzycznych do takich zespołów jak ELP, Refugee, The Nice czy niemieckiego Triumvirat. Miłośnicy organowej czy nawet idąc dalej, klawiszowej odmiany rocka progresywnego znajdą tu dla siebie całą masę kapitalnych partii, melodii i dźwięków. Na sam koniec dodam jeszcze tylko, że Mackay po Chimerze nadal tworzył i nagrywał. Przeniósł się z powrotem do Anglii i tam współpracował między innymi z grupą Camel, Alan Parsons Project czy Kate Bush. SzyMon The long time forgotten keyboardist DUNCAN MCKAY has at last been added to Prog Archives database by the Symphonic Team, so it's time to review his 1974 release "Chimera", an impressive work with great music but sadly almost unknown, due to the hard competition of the early 70's. The album presents us an impressive display of keyboards of all kinds, piano, Hammond B3 organ, Denon electric piano, clavichord, ARP synthesizer ,etc, all taken to the maximum of their possibilities by MACKAY who does a very competent work. But that's not all, DUNCAN has a pretty decent voice and is supported by his brother Gordon, who adds some piano and violin, plus Mike Gray in the drums...Yes, it's true, no guitar or bass. "Chimera" is opened with the strange "Morpheus", contrary to what the name may imply, the song has nothing dreamy or oneiric, as a fact is a frenetic song with multiple and radical changes of style, that go from pristine Symphonic with clear Rick Wakeman references to hard and excessive in the mood of Keith Emerson with a touch of Jürgen Fritz from TRIUMVIRAT. The vocals are good enough and the drums are outstanding, a solid track from start to end, maybe a bit bombastic but strong and interesting The second track "12 Tone Nostalgia" starts dramatic and sober, with a dramatic edge, and even when MACKAY explores all the possibilities of the keyboards, that heavy and almost Psychedelic atmosphere provided by the Hammond Organ adds emotion and sentiment. The instrumental breaks marks a change; from being sober and nostalgic, the song changes into bombastic and unpredictable, MACKAY includes everything, from Bach inspired music to ELP oriented passages, and incredibly "REFUGEE" sounds (something hard to believe because both albums were released in 1974). Maybe people will say it's pompous and self indulgent....But that's the reason why I love it, at the end...Isn't that what we seek for in Prog Rock? The original release ends with the 19:15 minutes epic "Song for Witches", a really strange song that begins with a clear Psychedelic inheritance, MACKAY and band jam with the instruments as if they were in the late 60's, and suddenly, when less expected they move into a frenetic Jazz section, with a slight MAHAVISHNU influence, but this doesn't last too long, MACKLAY as usual returns to the complex fantasia of sounds and influences that go from Classical, Baroque and Gothic to something that could had been released by THE NICE...The guys is absolutely versatile and this deserves credit. My copy of "Chimera" is closed by a 1990 released bonus track contradictorily named "The Opening", even when it's obvious that MACKAY'S skills have improved even more, the sound is radically different, more modern and with a strong mainstream component in the vein of late ALAN PARSONS PROJECT, but we are here to talk about the original release, and even when the song is entertaining, sounds completely out of place in a 1974 release, and for that reason doesn't alter my opinion about the original album. I believe "Chimera" is a forgotten gem that deserves no less than 4 stars, so except for people who dislike pompous music, it's highly recommended. Ivan Melgar M ..::TRACK-LIST::.. 1. Morpheus 11:15 2. Twelve Tone Nostalgia 8:09 3. Song For Witches 19:35 ..::OBSADA::.. Vocals, Piano, Electric Piano, Synthesizer, Organ [Hammond B3], Clavichord, Bass [Pedal] - Duncan Mackay Violin, Electric Piano, Piano - Gordon Mackay Drums, Backing Vocals - Mike Gray https://www.youtube.com/watch?v=UXRA3UozSYo SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 27
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-08 19:11:24
Rozmiar: 239.82 MB
Peerów: 13
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Nowa, LIMITOWANA edycja z utworem dodatkowym. Wydany oryginalnie w 1971 roku przez RCA Neon, drugi album w karierze Raw Material to jeden z najwspanialszych (mało znanych) progresywnych tytułów nagranych w Wielkiej Brytanii! Długie, kompleksowe kompozycje, wpadające z miejsca 'w ucho' melodie, przejrzyste aranżacje i pełne, rockowe brzmienie. Gitary, saksofon, flet, melotron, organy... Całość przypominała nagrania bardzo wczesnych Genesis i Van Der Graaf Generator - ze szczyptą Jethro Tull i King Crimson. To jest absolutnie OBLIGATORYJNA pozycja dla każdego miłośnika progresywnych brzmień z przełomu lat 60-tych i 70-tych! Dodatkowo wydany wyłącznie na singlu, nigdy wcześniej nie wznowiony cover Free - 'Ride On Pony' z 1971! JL Tak się ostatnio zastanawiałem, w co się wpakowałem pisząc o moich ukochanych płytach z kręgu starego progresywnego rocka. Dlaczego? Sam postawiłem się w takiej oto sytuacji, że pisząc o tych płytach jestem zdany tylko na zachwyty i różne pozytywy – czyli używam mojej jasnej strony mocy. A że posiadam również ciemną jej stronę (ci co mnie znają wiedzą to aż za dobrze) korciło mnie, aby komuś tak w recenzji dokopać, poszukać negatywów, popastwić się… (o wiele łatwiej się wtedy pisze…, a i nic tak nie cieszy jak małe torturki…???) Szukałem w całej swojej kolekcji płyty, nad którą mógłbym się w tym miejscu słodko poznęcać (oczywiście ze starego rocka… Zresztą ja chyba za wiele innych płyt nie posiadam). Szukałem, szukałem i… nie znalazłem. Najpierw mnie to zasmuciło (torturki), ale po pewnym czasie zdałem sobie (se - jestem z Kociewia!) sprawę, że to jednak szczęście - ogromne szczęście - posiadać prawie tysiąc wspaniałych płyt z gatunku muzyki tzw. rockowej i przeszła mi chęć złośliwego krytykanctwa. Włączyłem sobie (se) drugą płytę (pierwszą posiadam i również polecam) brytyjskiej grupy RAW MATERIAL pt. „Time Is”. Historia jest podobna do innych grup z tego kręgu z przełomu lat 60/70. Powstali, udało im się coś nagrać, wydać w niewielkiej ilości i… koniec. Kilkaset sztuk sprzedanych płyt, rozpad… (podobnie jak INDIAN SUMMER, CZAR, CIRCUS i... setki innych grup)… A płyta RAW MATERIAL? 44 minuty muzyki, 6 rozbudowanych, psychodelicznych utworów – muzyki ponadczasowej, wzorcowej dla tzw. progresywnego rocka. Kłaniają się (z całym należnym szacunkiem) VAN DER GRAAF GENERATOR i stare GENESIS. Może jest bardziej spokojnie, nastrojowo, melancholijnie niż na płytach grup panów PETERA HAMMILLA i PETERA GABRIELA i… chyba jest tak do połowy płyty (głównie dwa pierwsze utwory ICE QUEEN i EMPTY HOUSES). Na płycie mamy tradycyjny i typowy dla rocka progresywnego tamtego okresu zestaw instrumentów: mocna perkusja (PAUL YOUNG…, ale to nie ten popowy z lat 80. Paul, ani nie ten z MIKE AND THE MECHANICS), świetne pasaże organowe, również kościelne (na klawiszach rewelacyjny wokalista COLIN CATT), gitary – akustyczna i elektryczna (DAVE GREENE), basowa (PHIL GUNN) oraz miejscami dominujący nad innymi instrumentami (co cieszy pańskie ucho) saksofon (MICHAEL FLETCHER – również grający na flecie). Po długim (9 minut), dostojnym i szlachetnym utworze INSOLENT LADY usłyszymy dwa trochę szybsze numery (MIRACLE WORKER i RELIGION) - w tym drugim polecam głośne, świetne partie saksofonu. Na koniec tej miejscami kolorowej, bajecznej i wspaniałej płyty – najdłuższy i najważniejszy utwór/dzieło sztuki: SUN GOD. Ponad 11 minut muzyki, która na pewno nie jest gorsza, mniej szlachetna niż DEEP PURPLE – CHILD IN TIME czy LED ZEPPELIN - STAIRWAY TO HEAVEN. I jak te dwa utwory, powinna ona znajdować się w dziale „Klasyka Muzyki Rockowej Wszech Czasów”. I nie ma to-tamto. Podobna, stopniowana dramaturgia, ten sam klimat, to samo wzruszenie i niezwykłe emocje. Pytanie tylko, ile osób się o tym przekonało, ile osób o tym wie??? Gustownie prezentuje się pomarańczowa okładka płyty, na której widnieją klepsydry (teksty dotyczą upływającego czasu, samotności, miłości – lub jej braku, a także religii). Mam nadzieję, że niedługo ktoś/gdzieś odkryje i wyda jakieś nieznane utwory przygotowywane przez grupę na trzecią płytę (marzenie…). Czy wspomniałem, że to jedna z najlepszych płyt, jakie w życiu słyszałem? Słucham jej od około 15 lat przynajmniej raz na 2 tygodnie i nadal fascynuje… Czy ktoś tak kiedyś napisze o jakiejś współczesnej płycie?.. Mam obawy… Michał Mierzwiński It was while trying to find some info on FLAMENGO's classic record that I read in a person's review that they reminded him of RAW MATERIAL. I had never heard of that band as far as I could remember so I investigated and found out they released two studio albums (1970 / 1971) and then disappeared. The Gnosis site that rates albums fairly hard had this second record rated much higher than the first but also at an avareage rating of 11 out of 16 making this one a must have according to the experts. I wasn't blown away by it that's for sure but it is a solid 4 stars in my world. I'm very pleased to own it and the sax really reminds me of Ian McDonald's work on KING CRIMSON's debut. "Ice Queen" opens with the wind blowing then the music kicks in and takes over. This reminds me of early KING CRIMSON then the vocals follow. Love when it settles 1 1/2 minutes in and the wind returns. Contrasts continue. A jazzy interlude before 3 minutes with piano. The wind is back 4 minutes in then it kicks in again. Flute arrives after 5 minutes. "Empty Houses" opens with guitar and drums as the sax joins in. Passionate vocals a minute in. The sax replaces the vocals. Great sound after 4 1/2 minutes, quite powerful. The vocals are back after 6 minutes along with the organ. This is great right to the end. "Insolent Lady" features acoustic guitar and reserved vocals early on. Flute and bass help out too. Mellow stuff. The piano replaces the vocals then it kicks in with sax 2 1/2 minutes in. Vocals follow. A silent calm before 4 1/2 minutes then strummed guitar takes over followed by piano then organ as it builds. Drums and sax follow then vocals after 7 minutes. "Miracle Worker" is just a pleasure to listen to instrumentally. The sax, keyboards and guitar especially. "Religion" is an uptempo vocal track with blasting sax and a catchy rhythm. "Sun God" is the over 11 minute closer. It's fairly laid back to start then reserved vocals come in before 1 1/2 minutes. A change before 4 minutes as it picks up and turns fuller. It settles again after 5 minutes. I like it ! Intricate guitar and a dreamy sound here then back to the opening soundscape after 7 1/2 minutes as themes are repeated. Well worth checking out if your into KING CRIMSON or VDGG. Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Ice Queen 6:42 2. Empty Houses 7:29 3. Insolent Lady (8:51) - By The Way - Small Thief - Insolent Lady 4. Miracle Worker 4:45 5. Religion 4:25 6. Sun God (11:14) - Awakening - Realisation - Worship Bonus Track B-side, 1971: 7. Ride on Pony 3:18 ..::OBSADA::.. Vocals, Keyboards - Colin Catt Percussion - Paul Young Saxophone, Flute, Vocals - Michael Fletscher Bass Guitar, Acoustic Guitar - Phil Gunn Electric Guitar, Acoustic Guitar - Dave Greene https://www.youtube.com/watch?v=Fm_Ex5HLhH8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 16:04:31
Rozmiar: 107.71 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Nowa, LIMITOWANA edycja z utworem dodatkowym. Wydany oryginalnie w 1971 roku przez RCA Neon, drugi album w karierze Raw Material to jeden z najwspanialszych (mało znanych) progresywnych tytułów nagranych w Wielkiej Brytanii! Długie, kompleksowe kompozycje, wpadające z miejsca 'w ucho' melodie, przejrzyste aranżacje i pełne, rockowe brzmienie. Gitary, saksofon, flet, melotron, organy... Całość przypominała nagrania bardzo wczesnych Genesis i Van Der Graaf Generator - ze szczyptą Jethro Tull i King Crimson. To jest absolutnie OBLIGATORYJNA pozycja dla każdego miłośnika progresywnych brzmień z przełomu lat 60-tych i 70-tych! Dodatkowo wydany wyłącznie na singlu, nigdy wcześniej nie wznowiony cover Free - 'Ride On Pony' z 1971! JL Tak się ostatnio zastanawiałem, w co się wpakowałem pisząc o moich ukochanych płytach z kręgu starego progresywnego rocka. Dlaczego? Sam postawiłem się w takiej oto sytuacji, że pisząc o tych płytach jestem zdany tylko na zachwyty i różne pozytywy – czyli używam mojej jasnej strony mocy. A że posiadam również ciemną jej stronę (ci co mnie znają wiedzą to aż za dobrze) korciło mnie, aby komuś tak w recenzji dokopać, poszukać negatywów, popastwić się… (o wiele łatwiej się wtedy pisze…, a i nic tak nie cieszy jak małe torturki…???) Szukałem w całej swojej kolekcji płyty, nad którą mógłbym się w tym miejscu słodko poznęcać (oczywiście ze starego rocka… Zresztą ja chyba za wiele innych płyt nie posiadam). Szukałem, szukałem i… nie znalazłem. Najpierw mnie to zasmuciło (torturki), ale po pewnym czasie zdałem sobie (se - jestem z Kociewia!) sprawę, że to jednak szczęście - ogromne szczęście - posiadać prawie tysiąc wspaniałych płyt z gatunku muzyki tzw. rockowej i przeszła mi chęć złośliwego krytykanctwa. Włączyłem sobie (se) drugą płytę (pierwszą posiadam i również polecam) brytyjskiej grupy RAW MATERIAL pt. „Time Is”. Historia jest podobna do innych grup z tego kręgu z przełomu lat 60/70. Powstali, udało im się coś nagrać, wydać w niewielkiej ilości i… koniec. Kilkaset sztuk sprzedanych płyt, rozpad… (podobnie jak INDIAN SUMMER, CZAR, CIRCUS i... setki innych grup)… A płyta RAW MATERIAL? 44 minuty muzyki, 6 rozbudowanych, psychodelicznych utworów – muzyki ponadczasowej, wzorcowej dla tzw. progresywnego rocka. Kłaniają się (z całym należnym szacunkiem) VAN DER GRAAF GENERATOR i stare GENESIS. Może jest bardziej spokojnie, nastrojowo, melancholijnie niż na płytach grup panów PETERA HAMMILLA i PETERA GABRIELA i… chyba jest tak do połowy płyty (głównie dwa pierwsze utwory ICE QUEEN i EMPTY HOUSES). Na płycie mamy tradycyjny i typowy dla rocka progresywnego tamtego okresu zestaw instrumentów: mocna perkusja (PAUL YOUNG…, ale to nie ten popowy z lat 80. Paul, ani nie ten z MIKE AND THE MECHANICS), świetne pasaże organowe, również kościelne (na klawiszach rewelacyjny wokalista COLIN CATT), gitary – akustyczna i elektryczna (DAVE GREENE), basowa (PHIL GUNN) oraz miejscami dominujący nad innymi instrumentami (co cieszy pańskie ucho) saksofon (MICHAEL FLETCHER – również grający na flecie). Po długim (9 minut), dostojnym i szlachetnym utworze INSOLENT LADY usłyszymy dwa trochę szybsze numery (MIRACLE WORKER i RELIGION) - w tym drugim polecam głośne, świetne partie saksofonu. Na koniec tej miejscami kolorowej, bajecznej i wspaniałej płyty – najdłuższy i najważniejszy utwór/dzieło sztuki: SUN GOD. Ponad 11 minut muzyki, która na pewno nie jest gorsza, mniej szlachetna niż DEEP PURPLE – CHILD IN TIME czy LED ZEPPELIN - STAIRWAY TO HEAVEN. I jak te dwa utwory, powinna ona znajdować się w dziale „Klasyka Muzyki Rockowej Wszech Czasów”. I nie ma to-tamto. Podobna, stopniowana dramaturgia, ten sam klimat, to samo wzruszenie i niezwykłe emocje. Pytanie tylko, ile osób się o tym przekonało, ile osób o tym wie??? Gustownie prezentuje się pomarańczowa okładka płyty, na której widnieją klepsydry (teksty dotyczą upływającego czasu, samotności, miłości – lub jej braku, a także religii). Mam nadzieję, że niedługo ktoś/gdzieś odkryje i wyda jakieś nieznane utwory przygotowywane przez grupę na trzecią płytę (marzenie…). Czy wspomniałem, że to jedna z najlepszych płyt, jakie w życiu słyszałem? Słucham jej od około 15 lat przynajmniej raz na 2 tygodnie i nadal fascynuje… Czy ktoś tak kiedyś napisze o jakiejś współczesnej płycie?.. Mam obawy… Michał Mierzwiński It was while trying to find some info on FLAMENGO's classic record that I read in a person's review that they reminded him of RAW MATERIAL. I had never heard of that band as far as I could remember so I investigated and found out they released two studio albums (1970 / 1971) and then disappeared. The Gnosis site that rates albums fairly hard had this second record rated much higher than the first but also at an avareage rating of 11 out of 16 making this one a must have according to the experts. I wasn't blown away by it that's for sure but it is a solid 4 stars in my world. I'm very pleased to own it and the sax really reminds me of Ian McDonald's work on KING CRIMSON's debut. "Ice Queen" opens with the wind blowing then the music kicks in and takes over. This reminds me of early KING CRIMSON then the vocals follow. Love when it settles 1 1/2 minutes in and the wind returns. Contrasts continue. A jazzy interlude before 3 minutes with piano. The wind is back 4 minutes in then it kicks in again. Flute arrives after 5 minutes. "Empty Houses" opens with guitar and drums as the sax joins in. Passionate vocals a minute in. The sax replaces the vocals. Great sound after 4 1/2 minutes, quite powerful. The vocals are back after 6 minutes along with the organ. This is great right to the end. "Insolent Lady" features acoustic guitar and reserved vocals early on. Flute and bass help out too. Mellow stuff. The piano replaces the vocals then it kicks in with sax 2 1/2 minutes in. Vocals follow. A silent calm before 4 1/2 minutes then strummed guitar takes over followed by piano then organ as it builds. Drums and sax follow then vocals after 7 minutes. "Miracle Worker" is just a pleasure to listen to instrumentally. The sax, keyboards and guitar especially. "Religion" is an uptempo vocal track with blasting sax and a catchy rhythm. "Sun God" is the over 11 minute closer. It's fairly laid back to start then reserved vocals come in before 1 1/2 minutes. A change before 4 minutes as it picks up and turns fuller. It settles again after 5 minutes. I like it ! Intricate guitar and a dreamy sound here then back to the opening soundscape after 7 1/2 minutes as themes are repeated. Well worth checking out if your into KING CRIMSON or VDGG. Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Ice Queen 6:42 2. Empty Houses 7:29 3. Insolent Lady (8:51) - By The Way - Small Thief - Insolent Lady 4. Miracle Worker 4:45 5. Religion 4:25 6. Sun God (11:14) - Awakening - Realisation - Worship Bonus Track B-side, 1971: 7. Ride on Pony 3:18 ..::OBSADA::.. Vocals, Keyboards - Colin Catt Percussion - Paul Young Saxophone, Flute, Vocals - Michael Fletscher Bass Guitar, Acoustic Guitar - Phil Gunn Electric Guitar, Acoustic Guitar - Dave Greene https://www.youtube.com/watch?v=Fm_Ex5HLhH8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 13:45:24
Rozmiar: 314.83 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 26 - BBC Sessions 1. 21st Century Schizoid Man 7:08 2. Epitaph 7:09 3. The Court Of The Crimson King 6:29 4. I Talk To The Wind 4:39 5. Get Thy Bearings 5:54 Live at Fairfield Hall, Croydon, October 17, 1969 6. Trees 18:59 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 17:29:30
Rozmiar: 116.29 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 26 - BBC Sessions 1. 21st Century Schizoid Man 7:08 2. Epitaph 7:09 3. The Court Of The Crimson King 6:29 4. I Talk To The Wind 4:39 5. Get Thy Bearings 5:54 Live at Fairfield Hall, Croydon, October 17, 1969 6. Trees 18:59 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 17:25:40
Rozmiar: 260.91 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 25 - Giles, Giles And Fripp (1968): 1. Tremelo Study In A Major (Spanish Suite) 1:41 2. Suite No. 1 5:36 3. Scrivens 2:15 4. Why Don't You Just Drop In (i) 3:43 5. I Talk To The Wind (i) 3:22 6. Plastic Pennies 2:22 7. Passages Of Time 3:34 8. Under The Sky (ii) 2:52 9. I Talk To The Wind (ii) 3:15 10. Erudite Eyes 6:49 11. Make It Today (ii) 4:49 12. Wonderland 6:09 13. Why Don't You Just Drop In (ii) 3:42 14. She is Loaded 3:15 Newly transfered from the original tapes recorded at 93 Brondesbury Road, London by Peter Giles (1968). Audible audio defects/artfacts a per original tapes. Mastered by David Singleton at DGM (2020). https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 16:46:02
Rozmiar: 124.64 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 25 - Giles, Giles And Fripp (1968): 1. Tremelo Study In A Major (Spanish Suite) 1:41 2. Suite No. 1 5:36 3. Scrivens 2:15 4. Why Don't You Just Drop In (i) 3:43 5. I Talk To The Wind (i) 3:22 6. Plastic Pennies 2:22 7. Passages Of Time 3:34 8. Under The Sky (ii) 2:52 9. I Talk To The Wind (ii) 3:15 10. Erudite Eyes 6:49 11. Make It Today (ii) 4:49 12. Wonderland 6:09 13. Why Don't You Just Drop In (ii) 3:42 14. She is Loaded 3:15 Newly transfered from the original tapes recorded at 93 Brondesbury Road, London by Peter Giles (1968). Audible audio defects/artfacts a per original tapes. Mastered by David Singleton at DGM (2020). https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 16:40:54
Rozmiar: 339.54 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Rzadki, limitowany do 500 egzemplarzy europejski CD, będący trwającą 77 minut i naprawdę doskonałą kompilacja bardzo rzadkich, bądź też unikalnych nagrań zespołu z jego wczesnego, przełomowego (tuż przed zdobyciem popularności) okresu - zarejestrowanych pomiędzy styczniem a lipcem 1971 roku (z Billem Brufordem na bębnach i Tonym Kaye'em na organach), podczas tras promujących albumy "Time And The Word" i "The Yes Album". Płyta zawiera unikalny i bardzo interesujący zestaw nagrań, m.in. kapitalną, rozimprowizowaną, 16-minutową wersję "America" z repertuaru Simon & Garfunkel, 11-minutowy "It's Love" amerykańskiej grupy The Rascals, znane z drugiej płyty, fantastyczne i mocno zmienione wersje progresywnego "Astral Traveller" i absolutnie genialnego "Everydays" z repertuaru Buffalo Springfield i wreszcie rozbudowane, trwające po 11 i 14 minut "Yours Is No Disgrace" oraz "Perpetual Change". Jakość dźwięku jest perfekcyjna. Moim zdaniem, obok klasycznego "Yessongs" jest to najlepszy koncertowy materiał Yes, jaki kiedykolwiek słyszałem! JL ..::TRACK-LIST::.. 1. Yours Is No Disgrace 11:49 Written By - Bruford, Squire, Anderson, Howe, Kaye 2. Your Move / I've Seen All Good People 7:39 Written By - Squire, Anderson 3. Astral Traveller 6:53 Written By - Anderson 4. Everydays 11:14 Written By - Stills 5. America 15:49 Written By - Simon 6. It's Love 12:00 Written By - Brigati, Cavaliere 7. Perpetual Change 14:20 Written By - Squire, Anderson Soundboard recordings recorded live during 'Time And A Word' and 'The Yes Album' tours. Tracks 1, 2, 5 & 6 recorded live at the Crystal Palace Bowl, London, UK 7.31.71. Tracks 3 & 4 recorded live at the Konserthuset, Gothenburg, Sweden 1.24.71. Track 7 recorded live at the Yale Bowl, New Haven, CT, USA 7.24.71. ..::OBSADA::.. Bass, Backing Vocals - Chris Squire Drums - Bill Bruford Guitar, Backing Vocals - Steve Howe Lead Vocals, Tambourine - Jon Anderson Organ [Hammond] - Tony Kaye https://www.youtube.com/watch?v=lZqDXQqA1Sc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 10:47:37
Rozmiar: 184.01 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Rzadki, limitowany do 500 egzemplarzy europejski CD, będący trwającą 77 minut i naprawdę doskonałą kompilacja bardzo rzadkich, bądź też unikalnych nagrań zespołu z jego wczesnego, przełomowego (tuż przed zdobyciem popularności) okresu - zarejestrowanych pomiędzy styczniem a lipcem 1971 roku (z Billem Brufordem na bębnach i Tonym Kaye'em na organach), podczas tras promujących albumy "Time And The Word" i "The Yes Album". Płyta zawiera unikalny i bardzo interesujący zestaw nagrań, m.in. kapitalną, rozimprowizowaną, 16-minutową wersję "America" z repertuaru Simon & Garfunkel, 11-minutowy "It's Love" amerykańskiej grupy The Rascals, znane z drugiej płyty, fantastyczne i mocno zmienione wersje progresywnego "Astral Traveller" i absolutnie genialnego "Everydays" z repertuaru Buffalo Springfield i wreszcie rozbudowane, trwające po 11 i 14 minut "Yours Is No Disgrace" oraz "Perpetual Change". Jakość dźwięku jest perfekcyjna. Moim zdaniem, obok klasycznego "Yessongs" jest to najlepszy koncertowy materiał Yes, jaki kiedykolwiek słyszałem! JL ..::OPIS::.. 1. Yours Is No Disgrace 11:49 Written By - Bruford, Squire, Anderson, Howe, Kaye 2. Your Move / I've Seen All Good People 7:39 Written By - Squire, Anderson 3. Astral Traveller 6:53 Written By - Anderson 4. Everydays 11:14 Written By - Stills 5. America 15:49 Written By - Simon 6. It's Love 12:00 Written By - Brigati, Cavaliere 7. Perpetual Change 14:20 Written By - Squire, Anderson Soundboard recordings recorded live during 'Time And A Word' and 'The Yes Album' tours. Tracks 1, 2, 5 & 6 recorded live at the Crystal Palace Bowl, London, UK 7.31.71. Tracks 3 & 4 recorded live at the Konserthuset, Gothenburg, Sweden 1.24.71. Track 7 recorded live at the Yale Bowl, New Haven, CT, USA 7.24.71. ..::OBSADA::.. Bass, Backing Vocals - Chris Squire Drums - Bill Bruford Guitar, Backing Vocals - Steve Howe Lead Vocals, Tambourine - Jon Anderson Organ [Hammond] - Tony Kaye https://www.youtube.com/watch?v=lZqDXQqA1Sc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 10:43:12
Rozmiar: 504.68 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. DVD 2 - In The Court Of The Crimson King [2019 Mixes]: MLP Lossless 5.1 Surround, DTS 5.1 Digital Surrond 1. 21st Century Schizoid Man 2. I Talk To The Wind 3. Epitaph 4. Moonchild 5. The Court Of The Crimson King MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48) 6. 21st Century Schizoid Man 7. I Talk To The Wind 8. Epitaph 9. Moonchild 10. The Court Of The Crimson King Original Master Edition 11. 21st Century Schizoid Man 12. I Talk To The Wind 13. Epitaph 14. Moonchild 15. The Court Of The Crimson King Video Content 16. Hyde Park Film Snippet https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-03 11:34:40
Rozmiar: 1.94 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. DVD 1 - Sessions 1969: MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48), Sessions June 12 1. 21st Century Schizoid Man (Morgan Studio Instrumental) 6:48 July 7 2. Epitaph Takes 1 To 3 3. Epitaph Takes 4 To 8 July 9 4. I Talk To The Wind Takes 1 To 4 5. I Talk To The Wind Takes 5 To 8 6. I Talk To The Wind Takes 9 To 12 July 10 7. The Court Of The Crimson King Stereo Takes 8. The Court Of The Crimson King Take 6 July 16 9. The Court Of The Crimson King Take 1 And 2 10. The Court Of The Crimson King Takes 3 To 7 11. The Court Of The Crimson King Takes 8 To 10 12. The Court Of The Crimson King Trailer Take 1 July 21 13. I Talk To The Wind Early Take 14. I Talk To The Wind Takes 3 To 6 15. I Talk To The Wind Takes 7 To 9 16. 21st Century Schizoid Man Sax Soundcheck July 30 17. Epitaph Takes 1 To 3 18. Epitaph Takes 5 To 11 July 31 19. Moonchild Takes 1 to 8 20. Moonchild Take 9 August 6 21. Trailer (Take) And Trailer (Take Overdubbed) 22. Pipe Organ Takes 23. Wind Noise Takes August 13 24. The Court Of The Crimson King Takes 19:26 MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48), Let's Make A Hit Waxing 25. Let's Make A Hit Waxing 1:08:09 LPCM Stereo (16/48) Stormy Selections 26. The Court Of The Crimson King 27. Ahh 28. I Talk To The Wind 29. Epitaph Take 2 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-03 11:17:42
Rozmiar: 7.60 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Wydany przez Metronome w 1971 roku doskonały, klasyczny album duńskiej progresywnej formacji o pełnym brzmieniu opartym na organach Hammonda i soczystych dźwiękach gitar. Dość długie, 6-8 minutowe utwory o inteligentnych aranżacjach przypominająca najciekawsze nagrania brytyjskiej, genialnej formacji If a taże Hannibal (z UK) i duńskiej, popularnej grupy Midnight Sun. Na płycie dominowały atrakcyjne partie saksofonu i fletu, momentami całkiem ciężkie, intensywne partie gitar a także obligatoryjne wówczas brzmienia organów Hammonda. Na uwagą zwracały bardzo chwytliwe kompozycje, doskonała, pełna oddechu produkcja i przestrzenne brzmienie. Płyta niemal idealna! Oryginalny, duński winyl w idealnym stanie sprzedaje się po 1200 euro! Nie wiedzieć czemu, ale „stary” rock ze Skandynawii jest u nas prawie nieznany. Zespoły takie jak Culpeper’s Orchard z Danii, Elonkorjuu z Finlandii, czy Life ze Szwecji (by wymienić choćby tylko po jednym reprezentancie z tych krajów) bardzo popularne, można by wręcz powiedzieć, kultowe TAM, przeciętnemu fanowi muzyki w kraju nad Wisłą raczej mówią niewiele, lub nic. Sam doświadczyłem tego na własnym przykładzie odkrywając skandynawskie arcydzieła płytowe dość późno. Dlatego też postanowiłem, że co jakiś czas w Rockowym Zawrocie Głowy pojawiać się będą wpisy przybliżające perły naszych północnych sąsiadów. Warto było podjąć trud w zdobyciu tych, niekiedy bardzo rzadkich, płyt z lat 70-tych. Okazuje się bowiem, że poziomem wykonawczym wcale nie odstawały od tego, co reprezentowała czołówka brytyjskiego rocka tamtego okresu, a w niektórych przypadkach wręcz ją przewyższała. Takim zespołem z tej tzw. „górnej półki” był duński, a konkretnie kopenhaski, THORS HAMMER ze swoją jedyną (niestety!) płytą zatytułowaną po prostu „Thors Hammer” wydaną w 1971r. Okładka płyty raczej nie zachwyca do jej nabycia (tylna strona ratuje odrobinę jej pozytywny wizerunek); w moim prywatnym rankingu „najbrzydszych okładek” pewnie znalazłaby się wysoko.. Na szczęście o zawartości muzycznej nie decyduje opakowanie. Warto o tym pamiętać! THORS HAMMER grało muzykę progresywną w połączeniu z jazzem i jeśli miałbym tę grupę stylistycznie porównać do jakichś pokrewnych zespołów, to wymieniłbym tu Colosseum, Traffic, Hannibal, czy Nosferatu. Równorzędnym bowiem instrumentem na tej płycie obok gitary jest saksofon. I najczęściej jest tak, że oba te instrumenty prowadzą ze sobą dialog, jak choćby w najdłuższym, 13-to minutowym „Not Worth Saying”, czy w zamykającym album utworze „Believe In What You Want”. Po krótkim wstępie następuje kapitalna galopada saksofonu z sekcją rytmiczną, od której dech w piersiach zapiera. Ależ jazda! Potem saksofon milknie i do głosu dochodzi gitara. Improwizacja pełną parą. No i mamy tu też Hammondy! Miód na uszy! W zasadzie każdy z pięciu zamieszczonych na tej płycie utworów można byłoby tak opisać i nad każdym się zachwycać. Ta płyta nie ma żadnych słabych stron. Perła w koronie skandynawskiego rocka godna najszczerszego polecenia! Mimo, że zespół nie przebił się w epoce jego jedyny album jest jednym z najbardziej poszukiwanych i pożądanych tytułów. Gorąco polecam! Zibi This was such a surprise as I just wasn't expecting a lot. I had heard the opener "Mexico" previously, and while I liked it, it did have this commercial sounding chorus, and I sort of expected this would be status quo for the whole album. Not! Recorded in January and February of 1971 at Metronome studios in Copenhagen, this would be the only album that this Danish band would release. The drummer is responsible for the unfortunate cover art. A six piece with the vocalist doing just that, plus a sax player, along with the usual instruments. The sax brings in a nice jazz flavour and some of these guys would go on to play in jazz bands like DROPS, ENTRANCE and HEAVY JOKER. Perhaps the biggest pleasure I got from this was that OUT OF FOCUS sound because of the vocals mostly towards the end of the longest piece, the 13 minute "Not Worth Saying", and it continues with the next song "Blind Gypsy Woman". Many do not like the singer, but I do. And while the opener has a radio friendly chorus, I looked forward to hearing this each time. An interesting guitar solo as well around 2 1/2 minutes in. The 13 minute second track is such an adventerous piece. I still haven't really grasped it yet, but it is full of highlights. The guitar, sax, organ and upfront bass all shine here. How about that guitar solo after 6 1/2 minutes. That OUT OF FOCUS vibe starts around 11 1/2 minutes, and continues to start "Blind Gypsy Woman". And really my top three are the final three tracks beginning with this one. The OUT OF FOCUS style is heard early and late on this one with the middle being such a treat as this band sets the soundscape on fire. So much going on as well. "Believe In What You Want" just sounds amazing throughout it's 9 minute run. The sax and organ especially. I also love that calm around 7 minutes in with electric piano, sax, bass and beats. So good! The closer "Evasive Dreams Beyond" is the shortest track at 3 1/2 minutes. Sounds like a jam, and we get more electric piano thankfully with sax again. It's a beautiful thing. Well I just found a new band and album that I can point to as being one of the best from Denmark. The jazz element makes this one a keeper in my musical world. Closer to 4.5 stars. Mellotron Storm Thor's Hammer are a bit of an unknown bunch picked out from the 70's prog scene, but usually in my experiences obscure bands produce the best music, and that's definitely true here. The band's sole album and debut was released in 1971 and is as energetic as the best of them. A problem that I've found with eclectic prog bands is they feature too much emphasis on experimentation and not enough on, well, the music. Here however Thor's Hammer combines all sorts of dazzling elements, like operatic rock, symphonic rock, and hell why not throw in a few crunchy riffs here and there. It truly takes a lot of effort to be a consistent, but TH pull it off very well. Although extremely eclectic, the album is refined even when it gets to it's most climactic points. As for jazz influences, they aren't exactly prominent aside from Simon Koppel's drumming and Jesper Neehammer's occasional saxophone breaks. Hell, King Crimson used saxophone and I still don't consider them to be very jazzy. The song selection, although short is extremely well done and each track has careful time and care put into it. A major highlight is 'Not Worth Saying', a powerhouse of a song where there is not one, but two solos from guitarist Michael Brunn and from Koppel. I would sort of say that the following track 'Blind Gypsy Woman' is so similar in atmosphere that it is just a continuation of the former. The only problem I would say I have with the album is after the third track the erratic powerful nature the album has starts to lose it's punch; there aren't any really breaking points or slower sections. I'd hate to parallel this with VDGG but on Pawn Hearts, after the loud rocker 'Lemmings', 'Man-Erg' started with a beautiful piano opening to sort of calm you down and prepare you for the rest. If the album were to have at least a few interludes that calmed the atmosphere a bit, this would be close to a perfect experience. Other than that I have no problems except for the cover. But I mean if the music's good what does that matter? So I'd suggest take a look at this one. Eclectic prog, next to jazz-fusion is the prog sub-genre where I found has usually the best musicians. Give these guys more attention because they deserve it. aglasshouse ..::TRACK-LIST::.. 1. Mexico 6:21 2. Not Worth Saying 13:05 3. Blind Gypsy Woman 5:02 4. Believe In What You Want 9:03 5. Evasive Dreams Beyond 3:32 Originally recorded at Metronome Studio, Copenhagen January and February 1971. ..::OBSADA::.. Tenor Saxophone, Alto Saxophone, Soprano Saxophone - Jesper Neehammer Vocals - Peter Nielsen Guitar, Piano - Michael Bruun Organ, Piano - Henrik Langkilde Bass - Henrik Bødtcher Drums, Cover [Front Cover] - Simon Koppel https://www.youtube.com/watch?v=W4TBFr3pLzg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-03 10:29:11
Rozmiar: 264.03 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Trzyletnia przerwa, dzieląca "Uzed" od poprzedniego w dyskografii Univers Zero albumu "Ceux Du Dehors", przyniosła wiele zmian. Przede wszystkim w składzie nie pozostał żaden z dotychczasowych muzyków, z wyjątkiem perkusisty i lidera Daniela Denisa oraz wracającego po przerwie Christiana Geneta. Nowi instrumentaliści wykazali się jednak doskonałym zrozumieniem specyficznej twórczości belgijskiego zespołu, który zachował swoją rozpoznawalność. Nie da się jednak ukryć, że "Uzed" to album wyjątkowo łatwy w odbiorze... Oczywiście, jak na Univers Zero. To wciąż muzyka silnie inspirowana XX-wieczną poważką, a szczególnie dokonaniami Igora Strawinskiego i Beli Bartoka, oparta w dużym stopniu na brzmieniach akustycznych, aczkolwiek wspartych mocną grą sekcji rytmicznej, dodającej rockową dynamikę. Tym razem jednak utwory wydają się jakby trochę mniej skomplikowane - wciąż jednak bardziej złożone i abstrakcyjne od zdecydowanej większości muzyki rockowej - a na pewno wyraźniej zaznaczona jest tu warstwa melodyczna. Niewiele tu też posępnego klimatu, który charakteryzował wcześniejsze płyty, szczególnie zaś budzący autentyczną grozę "Heresie". Zmieniło się też trochę instrumentarium. Na dwóch pierwszych płytach było słychać dużo fisharmonii, organów i akustycznego pianina, na "Ceux Du Dehors" doszedł jeszcze melotron i syntezatory. Tutaj brzmienia klawiszowe ograniczają się wyłącznie do akustycznego i elektrycznego pianina oraz syntezatorów. Ponadto saksofony i klarnety zajęły miejsce fagotu i oboju, a altówka oraz (z wyjątkiem jednego utworu) skrzypce zostały zastąpione przez wiolonczelę. Trzeba jeszcze wspomnieć o większym niż kiedykolwiek wcześniej zastosowaniu elektrycznej gitary. Po raz pierwszy, choć jeszcze w dość zachowawczy sposób, pojawiają się też eksperymenty z taśmami. To wszystko ogromnie wpływa na brzmienie. Pewną nowością są także pobrzmiewające tu i ówdzie melodie typowe dla Środkowego Wchodu. Świetnie słychać to już na przykładzie rozpoczynającego longplay "Présage". Zresztą sam początek tego nagrania zaskakuje swoją delikatnością i prostotą, dopiero po kilkudziesięciu sekundach zaczyna się typowe dla Univers Zero kombinowanie, choć w zaskakująco melodyjnym wydaniu. I wcale nie pozbawia to tej muzyki walorów artystycznych, lecz wzbogaca ją o nową jakość. Zbliżony kierunek muzycy obrali w większości utworów, przede wszystkim w "Parade" i najdłuższym na płycie "Émanations", a jeszcze dalej od swoich korzeni odeszli w "Célesta (for Chantal)". Najbardziej zakręcony i najbliższy wcześniejszych dokonań jest natomiast najkrótszy w zestawie "L'Étrange Mixture Du Docteur Schwartz". Univers Zero zaproponował na "Uzed" coś zdecydowanie odmiennego od wcześniejszych dokonań, a jednocześnie bardzo dobrze z nimi korespondującego. Daniel Denis z nowymi muzykami nie zaczął nagle grać zupełnie inaczej, a raczej rozwinął wcześniejszą koncepcję w innym kierunku, wprowadzając różne zmiany, ale to niewątpliwie wciąż Univers Zero. Dla słuchaczy, którzy dopiero zaczynają interesować się bardziej awangardowymi odmianami rocka progresywnego, "Uzed" to zdecydowanie lepszy wybór od "Heresie". Choć to jeszcze nie najłatwiejszy w odbiorze album grupy. Paweł Pałasz Totally Remastered Version Uzed is the fourth album by Belgian band Univers Zero. It was released three years after 'Ceux du Dehors', due to a change in line-up and a new repertoire, although the EP 'Crawling Wind' had been released in the meantime. The album marked a turning point for the band. Univers Zero explored new electric colors, giving it a more rock feel with the addition of new musicians such as Jean-Luc Plouvier, who introduced the synthesizer, guitarist Michel Delory, who played a memorable solo in 'Célesta (For Chantal)', and André Mergen on electric cello and alto saxophone, who enriched the orchestral texture. Dirk Descheemaeker on clarinet and soprano saxophone, the return of Christian Genet on bass, this evolution can also be explained by the arrival of new musicians. UZED'is entirely composed and arranged by Daniel Denis. The recording and mixing were done at Daylight Studio in Brussels in 1984, but to bring out UZED, the sound had to be improved by giving it more dynamic range, which was done at ICP Studios in 2024. UZ's fourth studio album (fifth release after the short compilation Crawling Winds) is the cornerstone of UZ's career. Up to now, UZ's music had been mostly acoustic RIO, developing sinister moods and searching for human's darker instincts. But with this fourth album, Denis was to change considerably UZ's direction and this was due in no small part to the friendly competition he maintained with ex-UZ Roger Trigaux, who had formed Present (with Denis holding the drum stool), and pushing each other to explore new musical territories. By now, Daniel Denis was the last remaining original member, Berckmans devoting his effort to Von Zamla. In comes future long time collab Dirk Descheemaeker on winds, Genet on bass and assorted string instruments, Plouvier (another future central figure) on keyboards and Mergen on cello and sax. This album, as I said above, is the start of a new direction and can be easily seen as a blueprint for all their future album until Implosion. The music had now shifted from the sinister and macabre to the sombre and mysterious ambiances, the eastern influences being much more present (pardon the pun ;-), than previously. One of the most striking results is that the album is generally more melodious than the previous three, which often flirted with dissonance and atonal music. Here, the music has mystic and grandiose aspects not previously developed. The opener Présage is probably my favourite track as the mystery of the mid-eastern dawns (with the cello strongly inducing Arab ambiances) in a yet-asleep harem (see why I think this is their best track? ;-) and the first smell ogf Green tea as you are heading for the hamam with three beautiful creatures, and the clarinet providing the drama: this almost 10-min track is flawless. The manic Doctor Schwartz is a 100 mph nightmare with Plouvier's piano providing the base for a haunting cello and clarinet. Wrapping up the first side of this wax slice, is Celeste (with two guest-musicians), a slow-developing almost 7-min track where the piano has the dominant role until the monstrous entrance of the "beast and Delory's electric guitar (sometimes reminding you of Pinhas or Fripp) is clearly its angry scream. The only flaw I can think of is that the track ends in a fade-out. Parade is probably where Miriodor took a good deal of their inspiration and the mad breaking noise are extremely disturbing, but the insane beat is not letting you off the hook. Centrepiece Emmanations is one stunning and most convincing track, where Univers Zero is simply taking on the role of a progressive giant group, but if it is not known widely among the progheads, it is mostly because this album was recorded in 84. Had it been recorded a decade earlier, no doubt that this album would be standing with Magma's 1001° Centigrade or Henry Cow's Legend. Denis's composing powers are simply impressive and his percussions are awesomely inventive, and the oppressive but enthralling ambiances make the almost 16-min track seem too short. In the closing section, the track diverges into electronic delirium, which some twenty years later, Denis will come back to and base his Implosion album around similar themes. Clearly the album separating the two phases of UZ, this album will serve as a template for UZ albums for two decades to come (including Denis's two solo albums). Absolutely essential music, one if not the best album in its genre. Sean Trane Having started from the beginning with UNIVERS ZERO, the first thing I noticed when listening to this album was how different it sounded from the earlier ones. For me this is their first 5 star album and my second favourite from them after the next one "Heatwave". This one is more electric than the earlier ones and they have traded the harmonium, bassoon, aboe and english horn for the sax, clarinet and synths. I liked the way Sean Trane described the difference, it's like going from the macabre and sinister to the mysterious and sombre. Yes this still has lots of dark passages, but there is actually moments that feel like dusk, as opposed to being always in the night. The cello is used in place of the violin as well, although there is some guest violin and guitar on one track. "Presage" is my favourite song on here. It opens with some beautiful piano before kicking in before a minute with drums and bass. This contrast continues. The cello before 3 minutes is nice as drums and bass pound away. A scorching cello melody as piano comes back reminding me of the intro. "L'Etrange Mixture Du Docteur Schwartz" features a lot of tempo changes. It slows right down 3 minutes in as piano and cello end it. "Celesta (For Chantal)" is a dark and slow moving song with piano and some guest violin leading the way. Heavy drums after 5 minutes as the guest guitar grinds away. Nice. Synths as well on this one. "Parade" is lighter and more uptempo. A terrific collage of various sounds including horns, synths, piano, drums and cello as the tempo and mood continues to shift. "Emmanations" is by far the longest track at over 15 minutes. It rivals the first song as my favourite. It opens with lots of atmosphere that is tense and eerie. It starts to brighten a little before 2 minutes. The pace is stepped up a notch 4 minutes in as bass and drums deliver the goods. It becomes dark and ominous 5 1/2 minutes in as the climate continues to change. I like the section after 10 minutes. After 14 minutes we get some spooky and dark sounds to end it. A nice change for the band, and they will continue on this path for their next record "Heatwave". Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 9:48 2. L'Etrange Mixture Du Docteur Schwartz 3:52 3. Célesta (For Chantal) 6:55 Guitar - Michel Delory Violin - Marc Verbist 4. Parade 6:37 5. Émanations 15:43 Bonus Track: 6. Triomphe Des Mouches 9:51 Track 6 recorded live on March 31st at 'The Pavillon' in Hanover, Germany. ..::OBSADA::.. Daniel Denis - drums, percussion, synthesizer Dirk Descheemaeker - soprano sax, clarinet, bass clarinet Christian Genet - bass guitar, balafon, bowed guitar, tapes, whistle André Mergen - cello, alto sax, voice Jean-Luc Plouvier - electric and acoustic pianos, synthesizers, piano string, percussion with: Michael Delory - electric guitar [on 'Célesta (For Chantal)'] Mark Verbist - violin [on 'Célesta (For Chantal)'] https://www.youtube.com/watch?v=8fJNCT4vBrY SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 19:48:53
Rozmiar: 122.59 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Trzyletnia przerwa, dzieląca "Uzed" od poprzedniego w dyskografii Univers Zero albumu "Ceux Du Dehors", przyniosła wiele zmian. Przede wszystkim w składzie nie pozostał żaden z dotychczasowych muzyków, z wyjątkiem perkusisty i lidera Daniela Denisa oraz wracającego po przerwie Christiana Geneta. Nowi instrumentaliści wykazali się jednak doskonałym zrozumieniem specyficznej twórczości belgijskiego zespołu, który zachował swoją rozpoznawalność. Nie da się jednak ukryć, że "Uzed" to album wyjątkowo łatwy w odbiorze... Oczywiście, jak na Univers Zero. To wciąż muzyka silnie inspirowana XX-wieczną poważką, a szczególnie dokonaniami Igora Strawinskiego i Beli Bartoka, oparta w dużym stopniu na brzmieniach akustycznych, aczkolwiek wspartych mocną grą sekcji rytmicznej, dodającej rockową dynamikę. Tym razem jednak utwory wydają się jakby trochę mniej skomplikowane - wciąż jednak bardziej złożone i abstrakcyjne od zdecydowanej większości muzyki rockowej - a na pewno wyraźniej zaznaczona jest tu warstwa melodyczna. Niewiele tu też posępnego klimatu, który charakteryzował wcześniejsze płyty, szczególnie zaś budzący autentyczną grozę "Heresie". Zmieniło się też trochę instrumentarium. Na dwóch pierwszych płytach było słychać dużo fisharmonii, organów i akustycznego pianina, na "Ceux Du Dehors" doszedł jeszcze melotron i syntezatory. Tutaj brzmienia klawiszowe ograniczają się wyłącznie do akustycznego i elektrycznego pianina oraz syntezatorów. Ponadto saksofony i klarnety zajęły miejsce fagotu i oboju, a altówka oraz (z wyjątkiem jednego utworu) skrzypce zostały zastąpione przez wiolonczelę. Trzeba jeszcze wspomnieć o większym niż kiedykolwiek wcześniej zastosowaniu elektrycznej gitary. Po raz pierwszy, choć jeszcze w dość zachowawczy sposób, pojawiają się też eksperymenty z taśmami. To wszystko ogromnie wpływa na brzmienie. Pewną nowością są także pobrzmiewające tu i ówdzie melodie typowe dla Środkowego Wchodu. Świetnie słychać to już na przykładzie rozpoczynającego longplay "Présage". Zresztą sam początek tego nagrania zaskakuje swoją delikatnością i prostotą, dopiero po kilkudziesięciu sekundach zaczyna się typowe dla Univers Zero kombinowanie, choć w zaskakująco melodyjnym wydaniu. I wcale nie pozbawia to tej muzyki walorów artystycznych, lecz wzbogaca ją o nową jakość. Zbliżony kierunek muzycy obrali w większości utworów, przede wszystkim w "Parade" i najdłuższym na płycie "Émanations", a jeszcze dalej od swoich korzeni odeszli w "Célesta (for Chantal)". Najbardziej zakręcony i najbliższy wcześniejszych dokonań jest natomiast najkrótszy w zestawie "L'Étrange Mixture Du Docteur Schwartz". Univers Zero zaproponował na "Uzed" coś zdecydowanie odmiennego od wcześniejszych dokonań, a jednocześnie bardzo dobrze z nimi korespondującego. Daniel Denis z nowymi muzykami nie zaczął nagle grać zupełnie inaczej, a raczej rozwinął wcześniejszą koncepcję w innym kierunku, wprowadzając różne zmiany, ale to niewątpliwie wciąż Univers Zero. Dla słuchaczy, którzy dopiero zaczynają interesować się bardziej awangardowymi odmianami rocka progresywnego, "Uzed" to zdecydowanie lepszy wybór od "Heresie". Choć to jeszcze nie najłatwiejszy w odbiorze album grupy. Paweł Pałasz Totally Remastered Version Uzed is the fourth album by Belgian band Univers Zero. It was released three years after 'Ceux du Dehors', due to a change in line-up and a new repertoire, although the EP 'Crawling Wind' had been released in the meantime. The album marked a turning point for the band. Univers Zero explored new electric colors, giving it a more rock feel with the addition of new musicians such as Jean-Luc Plouvier, who introduced the synthesizer, guitarist Michel Delory, who played a memorable solo in 'Célesta (For Chantal)', and André Mergen on electric cello and alto saxophone, who enriched the orchestral texture. Dirk Descheemaeker on clarinet and soprano saxophone, the return of Christian Genet on bass, this evolution can also be explained by the arrival of new musicians. UZED'is entirely composed and arranged by Daniel Denis. The recording and mixing were done at Daylight Studio in Brussels in 1984, but to bring out UZED, the sound had to be improved by giving it more dynamic range, which was done at ICP Studios in 2024. UZ's fourth studio album (fifth release after the short compilation Crawling Winds) is the cornerstone of UZ's career. Up to now, UZ's music had been mostly acoustic RIO, developing sinister moods and searching for human's darker instincts. But with this fourth album, Denis was to change considerably UZ's direction and this was due in no small part to the friendly competition he maintained with ex-UZ Roger Trigaux, who had formed Present (with Denis holding the drum stool), and pushing each other to explore new musical territories. By now, Daniel Denis was the last remaining original member, Berckmans devoting his effort to Von Zamla. In comes future long time collab Dirk Descheemaeker on winds, Genet on bass and assorted string instruments, Plouvier (another future central figure) on keyboards and Mergen on cello and sax. This album, as I said above, is the start of a new direction and can be easily seen as a blueprint for all their future album until Implosion. The music had now shifted from the sinister and macabre to the sombre and mysterious ambiances, the eastern influences being much more present (pardon the pun ;-), than previously. One of the most striking results is that the album is generally more melodious than the previous three, which often flirted with dissonance and atonal music. Here, the music has mystic and grandiose aspects not previously developed. The opener Présage is probably my favourite track as the mystery of the mid-eastern dawns (with the cello strongly inducing Arab ambiances) in a yet-asleep harem (see why I think this is their best track? ;-) and the first smell ogf Green tea as you are heading for the hamam with three beautiful creatures, and the clarinet providing the drama: this almost 10-min track is flawless. The manic Doctor Schwartz is a 100 mph nightmare with Plouvier's piano providing the base for a haunting cello and clarinet. Wrapping up the first side of this wax slice, is Celeste (with two guest-musicians), a slow-developing almost 7-min track where the piano has the dominant role until the monstrous entrance of the "beast and Delory's electric guitar (sometimes reminding you of Pinhas or Fripp) is clearly its angry scream. The only flaw I can think of is that the track ends in a fade-out. Parade is probably where Miriodor took a good deal of their inspiration and the mad breaking noise are extremely disturbing, but the insane beat is not letting you off the hook. Centrepiece Emmanations is one stunning and most convincing track, where Univers Zero is simply taking on the role of a progressive giant group, but if it is not known widely among the progheads, it is mostly because this album was recorded in 84. Had it been recorded a decade earlier, no doubt that this album would be standing with Magma's 1001° Centigrade or Henry Cow's Legend. Denis's composing powers are simply impressive and his percussions are awesomely inventive, and the oppressive but enthralling ambiances make the almost 16-min track seem too short. In the closing section, the track diverges into electronic delirium, which some twenty years later, Denis will come back to and base his Implosion album around similar themes. Clearly the album separating the two phases of UZ, this album will serve as a template for UZ albums for two decades to come (including Denis's two solo albums). Absolutely essential music, one if not the best album in its genre. Sean Trane Having started from the beginning with UNIVERS ZERO, the first thing I noticed when listening to this album was how different it sounded from the earlier ones. For me this is their first 5 star album and my second favourite from them after the next one "Heatwave". This one is more electric than the earlier ones and they have traded the harmonium, bassoon, aboe and english horn for the sax, clarinet and synths. I liked the way Sean Trane described the difference, it's like going from the macabre and sinister to the mysterious and sombre. Yes this still has lots of dark passages, but there is actually moments that feel like dusk, as opposed to being always in the night. The cello is used in place of the violin as well, although there is some guest violin and guitar on one track. "Presage" is my favourite song on here. It opens with some beautiful piano before kicking in before a minute with drums and bass. This contrast continues. The cello before 3 minutes is nice as drums and bass pound away. A scorching cello melody as piano comes back reminding me of the intro. "L'Etrange Mixture Du Docteur Schwartz" features a lot of tempo changes. It slows right down 3 minutes in as piano and cello end it. "Celesta (For Chantal)" is a dark and slow moving song with piano and some guest violin leading the way. Heavy drums after 5 minutes as the guest guitar grinds away. Nice. Synths as well on this one. "Parade" is lighter and more uptempo. A terrific collage of various sounds including horns, synths, piano, drums and cello as the tempo and mood continues to shift. "Emmanations" is by far the longest track at over 15 minutes. It rivals the first song as my favourite. It opens with lots of atmosphere that is tense and eerie. It starts to brighten a little before 2 minutes. The pace is stepped up a notch 4 minutes in as bass and drums deliver the goods. It becomes dark and ominous 5 1/2 minutes in as the climate continues to change. I like the section after 10 minutes. After 14 minutes we get some spooky and dark sounds to end it. A nice change for the band, and they will continue on this path for their next record "Heatwave". Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 9:48 2. L'Etrange Mixture Du Docteur Schwartz 3:52 3. Célesta (For Chantal) 6:55 Guitar - Michel Delory Violin - Marc Verbist 4. Parade 6:37 5. Émanations 15:43 Bonus Track: 6. Triomphe Des Mouches 9:51 Track 6 recorded live on March 31st at 'The Pavillon' in Hanover, Germany. ..::OBSADA::.. Daniel Denis - drums, percussion, synthesizer Dirk Descheemaeker - soprano sax, clarinet, bass clarinet Christian Genet - bass guitar, balafon, bowed guitar, tapes, whistle André Mergen - cello, alto sax, voice Jean-Luc Plouvier - electric and acoustic pianos, synthesizers, piano string, percussion with: Michael Delory - electric guitar [on 'Célesta (For Chantal)'] Mark Verbist - violin [on 'Célesta (For Chantal)'] https://www.youtube.com/watch?v=8fJNCT4vBrY SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 19:44:09
Rozmiar: 319.19 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Czwarty (pierwszy czysto progresywny) album Skaldów, uznawany przez wielu na najlepszy album zespołu. Olśniewające połączenie ambitnego rocka z poetyckimi tekstami z najwyższej półki. 'Kultowa płyta, która zrewolucjonizowała polską muzykę lat 70.' ..::TRACK-LIST::.. 1. Sarabanda (intrada) Arranged By - A. Zieliński Composed By - A. Corelli 2. Od Wschodu Do Zachodu Słońca Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 3. Katastrofa Lyrics By - W. Młynarski Music By - A. Zieliński 4. Czasem Kochać Chcesz Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 5. Zawieja Lyrics By - J. Tuwim Music By - A. Zieliński 6. Mateusz IV Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 7. Prawo Izaaka Newtona Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 8. Nadejdziesz Od Strony Mórz Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 9. Cisza Krzyczy Lyrics By - A. Bianusz Music By - A. Zieliński 10. Sarabanda (finał) Arranged By - A. Zieliński Composed By - A. Corelli ..::OBSADA::.. Vocals, Organ [Hammond], Fortepiano - Andrzej Zieliński Vocals, Trumpet - Jacek Zieliński Guitar - Jerzy Tarsiński Bass Guitar - Konrad Ratyński Percussion - Jan Budziaszek oraz: Orchestra, Choir - Orkiestra Pod Dyrekcją A. Zielińskiego Backing Vocals - Grupa Wokalna Partita https://www.youtube.com/watch?v=3O6k6v9rjlA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 11:58:29
Rozmiar: 91.36 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Czwarty (pierwszy czysto progresywny) album Skaldów, uznawany przez wielu na najlepszy album zespołu. Olśniewające połączenie ambitnego rocka z poetyckimi tekstami z najwyższej półki. 'Kultowa płyta, która zrewolucjonizowała polską muzykę lat 70.' ..::TRACK-LIST::.. 1. Sarabanda (intrada) Arranged By - A. Zieliński Composed By - A. Corelli 2. Od Wschodu Do Zachodu Słońca Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 3. Katastrofa Lyrics By - W. Młynarski Music By - A. Zieliński 4. Czasem Kochać Chcesz Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 5. Zawieja Lyrics By - J. Tuwim Music By - A. Zieliński 6. Mateusz IV Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 7. Prawo Izaaka Newtona Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 8. Nadejdziesz Od Strony Mórz Lyrics By - L. A. Moczulski Music By - A. Zieliński 9. Cisza Krzyczy Lyrics By - A. Bianusz Music By - A. Zieliński 10. Sarabanda (finał) Arranged By - A. Zieliński Composed By - A. Corelli ..::OBSADA::.. Vocals, Organ [Hammond], Fortepiano - Andrzej Zieliński Vocals, Trumpet - Jacek Zieliński Guitar - Jerzy Tarsiński Bass Guitar - Konrad Ratyński Percussion - Jan Budziaszek oraz: Orchestra, Choir - Orkiestra Pod Dyrekcją A. Zielińskiego Backing Vocals - Grupa Wokalna Partita https://www.youtube.com/watch?v=3O6k6v9rjlA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 11:55:02
Rozmiar: 239.59 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli z szóstki muzyków czworo pochodzi z Niemiec, a pozostali z Włoch (z czego jeden tuż przed nagraniem płyty zostaje powołany do armii) to mamy do czynienia z niemiecką, czy włoską grupą? Zdrowy rozsądek opowiada się za pierwszą nacją, ale w słonecznej Italii tamtejsi fani rocka uważają ANALOGY za rodzimy zespół. Tu powstali, tu tworzyli, koncertowali i to tu, w 1972 roku, wydali jedną z najrzadszych obecnie płyt psychodelicznego rocka – obiekt westchnień poważnych kolekcjonerów winyli na całym świecie. Ta historia zaczyna się od przyjazdu do Włoch 18-letniego wówczas gitarzysty, Martina Thurn-Mithoffena, który razem z rodzicami wyemigrował z Bonn osiedlając się w Varese, mieście leżącym w Lombardii na podgórzu Alp. Tu, w szkole średniej, razem z perkusistą Wolfgangiem Schoene założył The Sons Of Goive. Lokalna scena muzyczna to głównie „canzoni Italiano”, więc kwartet grający covery głównie amerykańskie i brytyjskie podbił miejscową społeczność. W międzyczasie dziewczyna Martina, Jutta Nienhaus odkryła w sobie miłość do śpiewania i po rozpadzie The Sons Of Goive oboje stworzyli duet Jutta & Martin. Wspólnie zagrali wiele koncertów, nagrali singla, po czym zdecydowali, że potrzebują większego brzmienia. Do współpracy zaprosili grającego na perkusji brata Jutty, Hermanna Nienhaus’a i jedynego (jak na razie) Włocha w tej ekipie, basistę Mauro Rattaggi’ego. To był ten moment, od którego wszystko tak naprawdę się zaczęło. Nazywali się The Joice i mieli to szczęście, że natychmiast podpisali kontrakt menedżerski, co zaowocowało licznymi koncertami w północnych Włoszech i południowej Szwajcarii, oraz umożliwiło zakup instrumentów i odpowiedniego nagłośnienia. We wrześniu tego samego roku dołączył do nich stary znajomy Martina, Wolfgang Schoene, ale że miejsce perkusisty było zajęte Wolfgang objął posadę gitarzysty rytmicznego. W okolicach Wielkanocy 1971 roku po jednym z koncertów na przedmieściach Mediolanu podszedł do nich Antonio Cagnola, biznesmen z Monzy, który niedawno założył małą wytwórnię płytową Dischi Produzioni 28 oferując swoje usługi. Podpisany kontrakt zapewniał im swobodę decydowania o własnej muzyce. W maju nagrali dwa utwory demo: „God’s Own Land” i „Hey Joe”, ale jakość była tak zła, że nic z tego nie wyszło. Lepiej poszło Juttcie, która nagrała singiel z wokalistką Ice zespołu Alta Società przeznaczony głównie do szaf grających. Pomysł na nagranie płyty nie był jeszcze na tyle priorytetem, by rezygnować z występów na żywo. 28 czerwca The Joice brali udział w plenerowym koncercie w Lago Maggiore (okolice Arony), gdzie wystąpił także szwajcarski zespół Toad. Podczas improwizowanego grania, którego punktem wyjścia był utwór „Atom Heart Mother” Pink Floyd na scenę wkroczył Nicola Pankoff z grupy poprzedzającej występ The Joyce, uruchomił swoje organy i przyłączył się do gry. Chociaż widzieli się po raz pierwszy chemia była tak dobra, że następnego dnia klawiszowiec stał się oficjalnie szóstym członkiem zespołu i był to początek ich bardzo owocnej, ponad rocznej współpracy. Tego samego lata nagrali singla „Sold Out”. Na stronie „B” umieścili poprawiony i lepiej brzmiący niż na demo „God’s Own Land” – obie piosenki odzwierciedlały apolitycznego ducha pokolenia hipisów końca lat 60-tych. Błąd drukarski spowodował, że na okładce zamiast The Joyce pojawiła się nazwa Yoice. Zrobiło się trochę nerwowo, ale z uwagi na to, że cały nakład był wytłoczony, a plakaty wydrukowane zespół zdecydował się pójść na łatwiznę i ją zachować. Dzięki sprytnej dystrybucji singiel był dostępny w całych Włoszech, a nakład sięgnął prawdopodobnie pięciocyfrowej liczby. Duża część tego sukcesu opierała się jednak na tak zwanej „promocji szafy grającej” – zjawisku typowym dla Włoch. Co to znaczy? Ano to, że produkowano je bez okładek, często z utworami innych zespołów po stronie „B”. Takie single z szafy grającej, np. z „God’s Own Land” po jednej stronie i „The Dice” Ihre Kinder po drugiej, są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów. Pod koniec 1971 roku Mauro Rattaggi został powołany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej we włoskich siłach powietrznych, co było ciosem i dla niego i dla zespołu. Rolę gitarzysty basowego po Mauro przejął Wolfgang Schoene. Pół roku później muzycy weszli do mediolańskiego studia Mondial Sound i razem z producentem Aldo Paganim nagrali materiał na debiutancką płytę. Trzeba zaznaczyć, że po odejściu Rattaggi’ego muzyka grupy stała się bardziej eksperymentalna, psychodeliczna i trudniejsza w odbiorze i nie przypominała melodyjnego singla. Doprowadziło to do konfliktu między muzykami, a Cagnolą i Paganim. Obaj panowie twierdzili, że ciężka muzyka się nie sprzeda. Zespół, powołując się na zapis w kontrakcie gwarantujący im muzyczną swobodę, postawił na swoim. Przy okazji zmienili też swą nazwę na ANALOGY. Był to ukłon w stronę tak zatytułowanego utworu – najważniejszego punktu na płycie. To nie był jedyny spór jaki grupa miała z szefem wytwórni i producentem. Zanim krążek ukazał się na rynku obie strony stoczyły bój o okładkę. Nicola Pankoff, który był nie tylko muzykiem, ale też znakomitym artystą malarzem i grafikiem stworzył piękny obraz nawiązujący do okładki pierwszego albumu tria ELP. Projekt został odrzucony, gdyż Cagnola i Pagani uparli się wykorzystać zdjęcie zespołu zrobione podczas sesji do singla Yoice. Na jego okładce muzycy w kolorowych strojach wyglądali jak hipisi. Ubrani hipisi. Na płycie mieli być nadzy… Na nic zdały się prośby, groźby i wszelkie próby ugody; w aspekcie spraw marketingowych nie mieli nic do powiedzenia. Kierownictwo musiało poradzić sobie w jeszcze jednej kwestii. W sesji zdjęciowej uczestniczył basista Mauro Rattaggi, którego trzeba było wyciąć. Problem rozwiązano w bardzo prosty sposób – niebieski pasek z logo zespołu naklejony na zdjęciu zasłonił nieobecnego na płycie muzyka. Większość włoskich sklepów z płytami odmówiła wystawiania „pornografii” w swoich witrynach. Ostatecznie zdecydowano się opakować płytę w sześcioczęściowy plakat przedstawiający odciśniętą stopę. Tę samą, którą można zobaczyć na tylnej okładce. Nawiasem mówiąc owa „stopa” była jedną z wielu popielniczek z kolekcji Paganiego. Aby definitywnie zakończyć temat powiem jeszcze o winylowej reedycji niemieckiej firmy Ohrwaschl z 1997 roku. Jakimś cudem Niemcy dotarli do plakatu z alternatywnym zdjęciem, który pierwotnie miał być dołączony do oryginalnej płyty. Jednak Cagnola wystraszony szumem wokół okładki wycofał się z tego pomysłu. Płytowa reedycja Ohrwaschl z naprawdę kiepską jakością dźwięku to „kolekcjonerska” pozycja bardziej dla entuzjastów nagich ciał niż dla tych, których nade wszystko interesuje muzyka. Nie jest to też jakiś rarytas, więc nie ma powodu wydawać na niego ponad 100 €… Cały nakład albumu „Analogy” (1000 sztuk) wyprzedał się niemal natychmiast. Nic dziwnego, bo to w dużej mierze całkiem przyjemna płyta z wieloma pociągającymi zwrotami akcji. Biorąc pod uwagę, że została nagrana i zmiksowana w zaledwie dwa dni był to też nie lada wyczyn. Dystrybutorzy nalegali na jej wznowienie, ale okazało się to niemożliwe – Dischi Produzioni zbankrutowało zaraz po jej wydaniu. Wpływ wczesnego ELP i Pink Floyd z ery „Meddle” można usłyszeć w oszałamiających utworach, takich jak „Indian Meditation” i dziewięciominutowym, częściowo improwizowanym. epickim nagraniu tytułowym. Rozmyte gitary, wirujące organy i niezwykły wokal to główne składniki brzmienia zespołu, a elementy klasyczne i jazzowe przeplatają się z mrocznymi i nastrojowymi teksturami. Jak dla mnie to jest jedna z tych nielicznych płyt, którą mogę słuchać po kolei setki razy a i tak na końcu czuję niedosyt. Technicznie zespół składający się z doskonałych muzyków prezentował wysoki poziom, do którego dostosował się w każdym aspekcie śpiew Jutty. Czasem elfi i mistyczny, czasem lubieżny i erotyczny, innym razem szorstki i absolutnie wspaniały! Pogłoski o jej niemieckim akcencie są mocno przesadzone – głos jest zbyt przyjemny, by zwracać na niego uwagę. Poza tym Jutta częściej śpiewała po włosku, a nie po angielsku… Znakomity wkład wszystkich członków zespołu potwierdza „Dark Reflection” pokazujący już na starcie ich wyjątkowy styl. Oparty na motywie bluesowym z powolnym i ciągnącym się rytmem zawiera magiczne wokale, dramatyczną pracę perkusji, symfoniczne organy i jazzującą gitarę. Martin Thurn napisał go w 1968 roku ubolewając nad nieodwzajemnioną miłością do dziewczyny z Aix-en-Province. Ponury nastrój kompozycja zawdzięcza bardzo nieoczekiwanemu i niekonwencjonalnemu dźwiękowi gis w drugim takcie zwrotki… Psychodeliczny „Weeping My Endure” powstał w kościele, w którym odbywali próby i to na dwa dni przed nagraniem. Tekst „pożyczono” od angielskiego poety z XVII wieku, Johna Miltona. Niektórzy mogą mieć problemy z akceptacją głosu Jutty śpiewającą w wyższej tonacji, ale stanowi to fajny kontrast dla bujnej gitary i ryczącego Hammonda. Tak na marginesie, nie wiem dlaczego większość fanów uparcie porównuje ją do Ingi Rumpf, Jerney Kaadman (z Earth And Fire), a nawet do Grace Slick..? „Indian Meditation” brzmi jeszcze bardziej psychodelicznie. Grali to na żywo za czasów Yoice w okresie wczesnej fascynacji progresywnym rockiem. Gęsta perkusji, cudowny flet, fantastyczne gra Nicoli Pankoffa na organach i gitara jak u Davida Gilmoura to siła tego kapitalnego numeru utrzymanego w duchu Pink Floyd z wczesnych lat 70-tych. Cudo! Krótki „Tin’s Song” kończy pierwszą stronę oryginalnego albumu i zaprasza na odsłonę drugiej. Epicki, pełen rozmachu improwizowany utwór tytułowy utrzymany w duchu psychodelicznego rocka późnych lat 60-tych z bardzo interesującą grą gitary jest punktem kulminacyjnym płyty. To on w końcu był odpowiedzialny za zmianę nazwy zespołu na ANALOGY. Pełen smaczków i muzycznych niuansów, a do tego niesamowicie wciągający wart jest każdych pieniędzy! Słucha się go wybornie o zachodzie słońca na górskim szczycie, na pustej plaży, tudzież wszędzie tam gdzie mamy chwilę na odizolowanie się od tłumu i wszechobecnego zgiełku… Dużo dynamiczniej jest w „The Years At The Spring”, beatowym nagraniu głęboko zakorzenionym w latach 60-tych przywołujący skojarzenia z Jefferson Airplane. I to nie tylko z powodu śpiewającej owe „Do, do, do, do, you really think so” Jutty, ile z brzmienia gitary Martina Thurna (świetna solówka!) i bardzo fajnej organowej partii. Trzeci i ostatni na tej stronie „Pan-Am Flight 249” to prog rockowy utwór oparty na bluesie trzymający równie wysoki poziom i styl jak otwierający całość „Dark Reflections”. Wpleciony fragment utworu Vivaldiego był ukłonem Martina w stronę muzyki klasycznej, na której wychował się w rodzinnym domu. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat album „Analogy” doczekał się wielu legalnych (mniej legalnych też) reedycji. Niektóre z nich, jak chociażby mój CD włoskiej wytwórni AMS specjalizującej się w wydawaniu prog rockowych płyt tamtej epoki, dołączają różne bonusy. Moja reedycja zawiera m.in. singiel Yoice, oszałamiający, jakby z innej planety „Milan On A Sunday Morning” niewydany w epoce, oraz prawdziwy rarytas – pierwotną wersję „God’s Own Land” z włoskim tytułem „Vita non so chi sei” i włoskim tekstem. Piosenka została nagrana razem z coverem „Hey Joe” w maju 1971 roku i wytłoczona na rzadkim (dziś już nie do zdobycia) acetatowym singlu. Po odejściu Nicola Pankoffa w 1973 roku, który całkowicie poświęcił się malarstwu, grupę zasilił Rocco Abate grający na flecie, ale nowy skład nie przetrwał długo – Analogy rozpadło się rok później. Jutta Nienhaus i Martin Thurn podjęli współpracę z awangardowym artystą Franco Battiato i zagrali na jego trzeciej płycie „Sulle corde di Aries” (1973), po czym wyjechali do Londynu gdzie założyli zespół Earthbound. Trzydzieści lat później razem z Mauro Rattaggi i Geoff’em Cooperem (drugim perkusistą Earthbound) wystąpili w klubie niedaleko Saarbrücken z okazji 50-tych urodzin Jutty. Był to pierwszy koncert Analogy w Niemczech! Na przestrzeni kilku kolejnych lat było już ich więcej. W 1990 roku brat Jutty, Hermann, zachorował na AIDS podczas długiego pobytu w Nigerii i popełnił samobójstwo w końcowej fazie cierpienia. Wydana sześć lat później płyta „25 Years Later” dedykowana jest jego pamięci. Historia zespołu Analogy dobiegła końca w 2018 roku wraz ze śmiercią Martina Thurna w kwietniu i Jutty Taylor-Nienhaus w grudniu tego samego roku. Na szczęście została po nich muzyka... Zibi This forgotten swiss band based in Italy made this strong album in 1972. The original cover shows the memberes naked, with the beautiful Jutta Nienhaus in evidence. Her theatrical voice reminds me sometimes the great Nico. The music? Lot of hammond and dark atmospheres. There are no fillers here. Good. bonzo1969 ..::TRACK-LIST::.. 1. Dark Reflections 7:00 2. Weeping May Endure 4:50 3. Indian Meditation 4:10 4.Tin's Song 1:40 5. Analogy 9:45 6. The Year's At The Spring 4:35 7. Pan-Am Flight 249 5:15 Bonus Tracks: 8. Yoice - God's Own Land 4:42 9. Yoice - Sold Out 4:40 10. Analogy - Milan On A Sunday Morning 6:07 11. Yoice - Vita Non So Chi Sei 2:31 ..::OBSADA::.. Vocals - Jutta Nienhaus Keyboards - Nicola Pankoff Drums - H.J. 'Mops' Nienhaus Electric Guitar, 12-String Acoustic Guitar, Flute, Bongos - Martin Thurn Bass - Wolfgang Schoene https://www.youtube.com/watch?v=qnX97iwUlMI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 08:30:01
Rozmiar: 125.75 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli z szóstki muzyków czworo pochodzi z Niemiec, a pozostali z Włoch (z czego jeden tuż przed nagraniem płyty zostaje powołany do armii) to mamy do czynienia z niemiecką, czy włoską grupą? Zdrowy rozsądek opowiada się za pierwszą nacją, ale w słonecznej Italii tamtejsi fani rocka uważają ANALOGY za rodzimy zespół. Tu powstali, tu tworzyli, koncertowali i to tu, w 1972 roku, wydali jedną z najrzadszych obecnie płyt psychodelicznego rocka – obiekt westchnień poważnych kolekcjonerów winyli na całym świecie. Ta historia zaczyna się od przyjazdu do Włoch 18-letniego wówczas gitarzysty, Martina Thurn-Mithoffena, który razem z rodzicami wyemigrował z Bonn osiedlając się w Varese, mieście leżącym w Lombardii na podgórzu Alp. Tu, w szkole średniej, razem z perkusistą Wolfgangiem Schoene założył The Sons Of Goive. Lokalna scena muzyczna to głównie „canzoni Italiano”, więc kwartet grający covery głównie amerykańskie i brytyjskie podbił miejscową społeczność. W międzyczasie dziewczyna Martina, Jutta Nienhaus odkryła w sobie miłość do śpiewania i po rozpadzie The Sons Of Goive oboje stworzyli duet Jutta & Martin. Wspólnie zagrali wiele koncertów, nagrali singla, po czym zdecydowali, że potrzebują większego brzmienia. Do współpracy zaprosili grającego na perkusji brata Jutty, Hermanna Nienhaus’a i jedynego (jak na razie) Włocha w tej ekipie, basistę Mauro Rattaggi’ego. To był ten moment, od którego wszystko tak naprawdę się zaczęło. Nazywali się The Joice i mieli to szczęście, że natychmiast podpisali kontrakt menedżerski, co zaowocowało licznymi koncertami w północnych Włoszech i południowej Szwajcarii, oraz umożliwiło zakup instrumentów i odpowiedniego nagłośnienia. We wrześniu tego samego roku dołączył do nich stary znajomy Martina, Wolfgang Schoene, ale że miejsce perkusisty było zajęte Wolfgang objął posadę gitarzysty rytmicznego. W okolicach Wielkanocy 1971 roku po jednym z koncertów na przedmieściach Mediolanu podszedł do nich Antonio Cagnola, biznesmen z Monzy, który niedawno założył małą wytwórnię płytową Dischi Produzioni 28 oferując swoje usługi. Podpisany kontrakt zapewniał im swobodę decydowania o własnej muzyce. W maju nagrali dwa utwory demo: „God’s Own Land” i „Hey Joe”, ale jakość była tak zła, że nic z tego nie wyszło. Lepiej poszło Juttcie, która nagrała singiel z wokalistką Ice zespołu Alta Società przeznaczony głównie do szaf grających. Pomysł na nagranie płyty nie był jeszcze na tyle priorytetem, by rezygnować z występów na żywo. 28 czerwca The Joice brali udział w plenerowym koncercie w Lago Maggiore (okolice Arony), gdzie wystąpił także szwajcarski zespół Toad. Podczas improwizowanego grania, którego punktem wyjścia był utwór „Atom Heart Mother” Pink Floyd na scenę wkroczył Nicola Pankoff z grupy poprzedzającej występ The Joyce, uruchomił swoje organy i przyłączył się do gry. Chociaż widzieli się po raz pierwszy chemia była tak dobra, że następnego dnia klawiszowiec stał się oficjalnie szóstym członkiem zespołu i był to początek ich bardzo owocnej, ponad rocznej współpracy. Tego samego lata nagrali singla „Sold Out”. Na stronie „B” umieścili poprawiony i lepiej brzmiący niż na demo „God’s Own Land” – obie piosenki odzwierciedlały apolitycznego ducha pokolenia hipisów końca lat 60-tych. Błąd drukarski spowodował, że na okładce zamiast The Joyce pojawiła się nazwa Yoice. Zrobiło się trochę nerwowo, ale z uwagi na to, że cały nakład był wytłoczony, a plakaty wydrukowane zespół zdecydował się pójść na łatwiznę i ją zachować. Dzięki sprytnej dystrybucji singiel był dostępny w całych Włoszech, a nakład sięgnął prawdopodobnie pięciocyfrowej liczby. Duża część tego sukcesu opierała się jednak na tak zwanej „promocji szafy grającej” – zjawisku typowym dla Włoch. Co to znaczy? Ano to, że produkowano je bez okładek, często z utworami innych zespołów po stronie „B”. Takie single z szafy grającej, np. z „God’s Own Land” po jednej stronie i „The Dice” Ihre Kinder po drugiej, są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów. Pod koniec 1971 roku Mauro Rattaggi został powołany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej we włoskich siłach powietrznych, co było ciosem i dla niego i dla zespołu. Rolę gitarzysty basowego po Mauro przejął Wolfgang Schoene. Pół roku później muzycy weszli do mediolańskiego studia Mondial Sound i razem z producentem Aldo Paganim nagrali materiał na debiutancką płytę. Trzeba zaznaczyć, że po odejściu Rattaggi’ego muzyka grupy stała się bardziej eksperymentalna, psychodeliczna i trudniejsza w odbiorze i nie przypominała melodyjnego singla. Doprowadziło to do konfliktu między muzykami, a Cagnolą i Paganim. Obaj panowie twierdzili, że ciężka muzyka się nie sprzeda. Zespół, powołując się na zapis w kontrakcie gwarantujący im muzyczną swobodę, postawił na swoim. Przy okazji zmienili też swą nazwę na ANALOGY. Był to ukłon w stronę tak zatytułowanego utworu – najważniejszego punktu na płycie. To nie był jedyny spór jaki grupa miała z szefem wytwórni i producentem. Zanim krążek ukazał się na rynku obie strony stoczyły bój o okładkę. Nicola Pankoff, który był nie tylko muzykiem, ale też znakomitym artystą malarzem i grafikiem stworzył piękny obraz nawiązujący do okładki pierwszego albumu tria ELP. Projekt został odrzucony, gdyż Cagnola i Pagani uparli się wykorzystać zdjęcie zespołu zrobione podczas sesji do singla Yoice. Na jego okładce muzycy w kolorowych strojach wyglądali jak hipisi. Ubrani hipisi. Na płycie mieli być nadzy… Na nic zdały się prośby, groźby i wszelkie próby ugody; w aspekcie spraw marketingowych nie mieli nic do powiedzenia. Kierownictwo musiało poradzić sobie w jeszcze jednej kwestii. W sesji zdjęciowej uczestniczył basista Mauro Rattaggi, którego trzeba było wyciąć. Problem rozwiązano w bardzo prosty sposób – niebieski pasek z logo zespołu naklejony na zdjęciu zasłonił nieobecnego na płycie muzyka. Większość włoskich sklepów z płytami odmówiła wystawiania „pornografii” w swoich witrynach. Ostatecznie zdecydowano się opakować płytę w sześcioczęściowy plakat przedstawiający odciśniętą stopę. Tę samą, którą można zobaczyć na tylnej okładce. Nawiasem mówiąc owa „stopa” była jedną z wielu popielniczek z kolekcji Paganiego. Aby definitywnie zakończyć temat powiem jeszcze o winylowej reedycji niemieckiej firmy Ohrwaschl z 1997 roku. Jakimś cudem Niemcy dotarli do plakatu z alternatywnym zdjęciem, który pierwotnie miał być dołączony do oryginalnej płyty. Jednak Cagnola wystraszony szumem wokół okładki wycofał się z tego pomysłu. Płytowa reedycja Ohrwaschl z naprawdę kiepską jakością dźwięku to „kolekcjonerska” pozycja bardziej dla entuzjastów nagich ciał niż dla tych, których nade wszystko interesuje muzyka. Nie jest to też jakiś rarytas, więc nie ma powodu wydawać na niego ponad 100 €… Cały nakład albumu „Analogy” (1000 sztuk) wyprzedał się niemal natychmiast. Nic dziwnego, bo to w dużej mierze całkiem przyjemna płyta z wieloma pociągającymi zwrotami akcji. Biorąc pod uwagę, że została nagrana i zmiksowana w zaledwie dwa dni był to też nie lada wyczyn. Dystrybutorzy nalegali na jej wznowienie, ale okazało się to niemożliwe – Dischi Produzioni zbankrutowało zaraz po jej wydaniu. Wpływ wczesnego ELP i Pink Floyd z ery „Meddle” można usłyszeć w oszałamiających utworach, takich jak „Indian Meditation” i dziewięciominutowym, częściowo improwizowanym. epickim nagraniu tytułowym. Rozmyte gitary, wirujące organy i niezwykły wokal to główne składniki brzmienia zespołu, a elementy klasyczne i jazzowe przeplatają się z mrocznymi i nastrojowymi teksturami. Jak dla mnie to jest jedna z tych nielicznych płyt, którą mogę słuchać po kolei setki razy a i tak na końcu czuję niedosyt. Technicznie zespół składający się z doskonałych muzyków prezentował wysoki poziom, do którego dostosował się w każdym aspekcie śpiew Jutty. Czasem elfi i mistyczny, czasem lubieżny i erotyczny, innym razem szorstki i absolutnie wspaniały! Pogłoski o jej niemieckim akcencie są mocno przesadzone – głos jest zbyt przyjemny, by zwracać na niego uwagę. Poza tym Jutta częściej śpiewała po włosku, a nie po angielsku… Znakomity wkład wszystkich członków zespołu potwierdza „Dark Reflection” pokazujący już na starcie ich wyjątkowy styl. Oparty na motywie bluesowym z powolnym i ciągnącym się rytmem zawiera magiczne wokale, dramatyczną pracę perkusji, symfoniczne organy i jazzującą gitarę. Martin Thurn napisał go w 1968 roku ubolewając nad nieodwzajemnioną miłością do dziewczyny z Aix-en-Province. Ponury nastrój kompozycja zawdzięcza bardzo nieoczekiwanemu i niekonwencjonalnemu dźwiękowi gis w drugim takcie zwrotki… Psychodeliczny „Weeping My Endure” powstał w kościele, w którym odbywali próby i to na dwa dni przed nagraniem. Tekst „pożyczono” od angielskiego poety z XVII wieku, Johna Miltona. Niektórzy mogą mieć problemy z akceptacją głosu Jutty śpiewającą w wyższej tonacji, ale stanowi to fajny kontrast dla bujnej gitary i ryczącego Hammonda. Tak na marginesie, nie wiem dlaczego większość fanów uparcie porównuje ją do Ingi Rumpf, Jerney Kaadman (z Earth And Fire), a nawet do Grace Slick..? „Indian Meditation” brzmi jeszcze bardziej psychodelicznie. Grali to na żywo za czasów Yoice w okresie wczesnej fascynacji progresywnym rockiem. Gęsta perkusji, cudowny flet, fantastyczne gra Nicoli Pankoffa na organach i gitara jak u Davida Gilmoura to siła tego kapitalnego numeru utrzymanego w duchu Pink Floyd z wczesnych lat 70-tych. Cudo! Krótki „Tin’s Song” kończy pierwszą stronę oryginalnego albumu i zaprasza na odsłonę drugiej. Epicki, pełen rozmachu improwizowany utwór tytułowy utrzymany w duchu psychodelicznego rocka późnych lat 60-tych z bardzo interesującą grą gitary jest punktem kulminacyjnym płyty. To on w końcu był odpowiedzialny za zmianę nazwy zespołu na ANALOGY. Pełen smaczków i muzycznych niuansów, a do tego niesamowicie wciągający wart jest każdych pieniędzy! Słucha się go wybornie o zachodzie słońca na górskim szczycie, na pustej plaży, tudzież wszędzie tam gdzie mamy chwilę na odizolowanie się od tłumu i wszechobecnego zgiełku… Dużo dynamiczniej jest w „The Years At The Spring”, beatowym nagraniu głęboko zakorzenionym w latach 60-tych przywołujący skojarzenia z Jefferson Airplane. I to nie tylko z powodu śpiewającej owe „Do, do, do, do, you really think so” Jutty, ile z brzmienia gitary Martina Thurna (świetna solówka!) i bardzo fajnej organowej partii. Trzeci i ostatni na tej stronie „Pan-Am Flight 249” to prog rockowy utwór oparty na bluesie trzymający równie wysoki poziom i styl jak otwierający całość „Dark Reflections”. Wpleciony fragment utworu Vivaldiego był ukłonem Martina w stronę muzyki klasycznej, na której wychował się w rodzinnym domu. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat album „Analogy” doczekał się wielu legalnych (mniej legalnych też) reedycji. Niektóre z nich, jak chociażby mój CD włoskiej wytwórni AMS specjalizującej się w wydawaniu prog rockowych płyt tamtej epoki, dołączają różne bonusy. Moja reedycja zawiera m.in. singiel Yoice, oszałamiający, jakby z innej planety „Milan On A Sunday Morning” niewydany w epoce, oraz prawdziwy rarytas – pierwotną wersję „God’s Own Land” z włoskim tytułem „Vita non so chi sei” i włoskim tekstem. Piosenka została nagrana razem z coverem „Hey Joe” w maju 1971 roku i wytłoczona na rzadkim (dziś już nie do zdobycia) acetatowym singlu. Po odejściu Nicola Pankoffa w 1973 roku, który całkowicie poświęcił się malarstwu, grupę zasilił Rocco Abate grający na flecie, ale nowy skład nie przetrwał długo – Analogy rozpadło się rok później. Jutta Nienhaus i Martin Thurn podjęli współpracę z awangardowym artystą Franco Battiato i zagrali na jego trzeciej płycie „Sulle corde di Aries” (1973), po czym wyjechali do Londynu gdzie założyli zespół Earthbound. Trzydzieści lat później razem z Mauro Rattaggi i Geoff’em Cooperem (drugim perkusistą Earthbound) wystąpili w klubie niedaleko Saarbrücken z okazji 50-tych urodzin Jutty. Był to pierwszy koncert Analogy w Niemczech! Na przestrzeni kilku kolejnych lat było już ich więcej. W 1990 roku brat Jutty, Hermann, zachorował na AIDS podczas długiego pobytu w Nigerii i popełnił samobójstwo w końcowej fazie cierpienia. Wydana sześć lat później płyta „25 Years Later” dedykowana jest jego pamięci. Historia zespołu Analogy dobiegła końca w 2018 roku wraz ze śmiercią Martina Thurna w kwietniu i Jutty Taylor-Nienhaus w grudniu tego samego roku. Na szczęście została po nich muzyka... Zibi This forgotten swiss band based in Italy made this strong album in 1972. The original cover shows the memberes naked, with the beautiful Jutta Nienhaus in evidence. Her theatrical voice reminds me sometimes the great Nico. The music? Lot of hammond and dark atmospheres. There are no fillers here. Good. bonzo1969 ..::TRACK-LIST::.. 1. Dark Reflections 7:00 2. Weeping May Endure 4:50 3. Indian Meditation 4:10 4.Tin's Song 1:40 5. Analogy 9:45 6. The Year's At The Spring 4:35 7. Pan-Am Flight 249 5:15 Bonus Tracks: 8. Yoice - God's Own Land 4:42 9. Yoice - Sold Out 4:40 10. Analogy - Milan On A Sunday Morning 6:07 11. Yoice - Vita Non So Chi Sei 2:31 ..::OBSADA::.. Vocals - Jutta Nienhaus Keyboards - Nicola Pankoff Drums - H.J. 'Mops' Nienhaus Electric Guitar, 12-String Acoustic Guitar, Flute, Bongos - Martin Thurn Bass - Wolfgang Schoene https://www.youtube.com/watch?v=qnX97iwUlMI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-31 08:26:06
Rozmiar: 331.99 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Absolutny klasyk europejskiego progresywnego grania z początku lat 70-tych! Zremasterowana austriacka edycja - naprawdę wyśmienicie brzmiąca - lepiej niż dawna, dwupłytowa wersja zrealizowana 30 lat temu wraz z CD 'Konvergencie'. Debiut tej słowackiej formacji (dowodzonej przez wyśmienitego organistę Mariana Vargę) zainspirowany był dokonaniami kompozytorów muzyki klasycznej, a także twórczością The Nice i Procol Harum! Katalogowy album wypełniały trzy mocno rozbudowane utwory, trwające średnio po 13 minut; poza tym do zawartości debiutu zwyczajowo dodano dwa kawałki z debiutanckiej, 13-minutowej EP-ki (z 1970) oraz PREMIEROWĄ na CD, alternatywną wersję genialnego 'Hommage a J.S. Bach', nagraną w 1973 dla wschodnioniemieckiej Amigi. JL Jeden z moich słowackich przyjaciół powiedział mi kiedyś coś co utkwiło mi w pamięci na długie lata: „Kulturę słowacką zawsze porównywano do czeskiej, a to niesprawiedliwy i szkodliwy osąd. Mimo, że jako naród jesteśmy dwa razy mniej liczebni od naszych braci Czechów rekompensowaliśmy to jakością. Wiem, oni mieli świetny Blue Effect, znakomity Progres 2, Synkopy i Pražský výběr, ale za to my mieliśmy Fermatę i fenomenalny COLLEGIUM MUSICUM.„ Zespół utworzył Marián Varga, bardzo utalentowany, były student Konserwatorium Muzycznego w Bratysławskie w klasie fortepianu. Urodzony w małym miasteczku Česká Skalice od szóstego roku pobierał prywatne lekcje u znanego kompozytora, Jana Cikkera. W Konserwatorium był pod opieką dwóch innych, wielce cenionych wykładowców Romana Bergera i Andreja Očenáša. W 1967 roku, po trzech latach studiów Varga niespodziewanie zrezygnował z nauki w szacownej Alma Mater i został członkiem grupy Prúdy nagrywając z nią legendarny album „Zvoňte zvonky”. Dwa lata później, będąc pod wrażeniem płyt zespołu The Nice, wspólnie z Fedorem Frešo (bg), Dušanem Hájkiem (dr) i Fedorem Letňanem (g) założył COLLEGIUM MUSICUM. Wielu widziało w nich słowiańską odpowiedź na formację Keitha Emersona. W repertuarze zespołu, składającym się głównie z utworów instrumentalnych, znalazły się reinterpretacje tematów znanych klasyków takich jak Joseph Haydn, Béla Bartók czy Igor Stravinsky, uzupełnione oryginalnymi kompozycjami. W 1970 roku Letňan pożegnał kolegów, a jego miejsce zajął Rastislav Vacho i w takim składzie nagrali singla „Hommage à JS Bach”/”Ulica plná plášťov do dažďa”. Mała płytka spodobała się fanom prog rocka i zyskała uznanie krytyków. Potem poszło już szybko. 26-28 października 1970 roku w praskim studio należącym do Supraphonu muzycy zarejestrowali materiał na dużą płytę, która pod niewyszukanym tytułem „Collegium Musicum” ukazała się wiosną 1971 roku. Warto wiedzieć, że projekt oryginalnej okładki przedstawiał zespół na zamku w Bratysławie, ale słowacka heraldyka była dla czeskich cenzorów nie do przełknięcia. Grafikę zmieniono, co kompletnie nie miało wpływu na to, że pierwszy słowacki album rockowy wydany przez czeską wytwórnię sprzedał się w nakładzie 140 tysięcy egzemplarzy. To był rekord! Na płycie znalazły się cztery (w tym trzy mocno rozbudowane) kompozycje zdominowane przez instrumenty klawiszowe, głównie organy Hammonda. Są one wszędzie! Myślę, że Varga, któremu nie brakowało wyrazistości i śmiałego podejścia do eksperymentowania opanował je po mistrzowsku i mógł w tym czasie śmiało konkurować z największymi sławami po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Przez cały czas gra wzorowo, a jego organowe solo w „If You Want To Fall” jest obłędne. Szkoda, że gitara, bas i perkusja na tle klawiszy wydają się nieśmiałe i powściągliwe. Jakby stały nieco z boku i bliżej im było do rytmów lat 60-tych, niż do progresywnego rocka. A może mi się tylko tak wydaje..? Jedno jest pewne – tą płytą zespół dobrze wpasował się w ramy prog rocka, z prostymi, bluesowymi riffami w stylu Cream połączonymi z ambitnymi, złożonymi aranżacjami z wykorzystaniem instrumentów dętych i smyczków, które były (przynajmniej na początku) ważną częścią tego stylu. Jest to też jedyny album, który zawiera angielskie wokale Fedora Frešo, choć po prawdzie nie ma tu ich za wiele. Wspomniany wcześniej „If You Want To Fall” ma typowo blues rockowy riff, z doskonałą psychodeliczną sekcją środkową i dobrymi solówkami wszystkich członków. Utwór, który poraził mnie od pierwszego przesłuchania. I lepszego otwarcia tej płyty sobie nie wyobrażam. „Strange Theme” podzielony na dwie części zawiera oprócz klasycznych progresywnych akordów także typowy refren w stylu flower power z lat 60-tych, szaleńcze tempo rodem z „21st Century Schizoid Man” z wplecionym saksofonem, oraz partię gitarową zawierającą długie solo Rastislava Vacho, co było raczej rzadkością w muzyce takiej jak ta. Ostatnie nagranie, „Concerto in D” to aranżacja utworu Haydna z rockowym beatem i niezwykle wierną interpretacją Vargi. Osobiście bardzo mi się podoba. Reasumując – jak na swój czas (i otoczenie) był to naprawdę ambitny album. Tyle, że najlepsze miało dopiero nadejść. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 'Hommage À J. S. Bach' [EP] (1970): 1. Hommage À J. S. Bach 7:12 2. Ulica Plná Plášťov Do Dažďa 6:40 'Collegium Musicum' [LP] (1971): 3. If You Want To Fall 13:23 4. Strange Theme 13:36 5. Concerto In D 12:34 Special Bonus Track: (East German Amiga, 1973) 6. Hommage Á J.S. Bach 7:56 ..::OBSADA::.. Organ, Harpsichord [Cembalo] - Marián Varga Guitar - Pavel Váně (tracks: 1, 2), Rastislav Vacho (tracks: 3, 4, 5) Bass Guitar - Fedor Frešo Vocals - Fedor Frešo (tracks: 3, 4) Drums - Dušan Hájek https://www.youtube.com/watch?v=2R2JyPWnvjM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-29 19:41:50
Rozmiar: 141.87 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Absolutny klasyk europejskiego progresywnego grania z początku lat 70-tych! Zremasterowana austriacka edycja - naprawdę wyśmienicie brzmiąca - lepiej niż dawna, dwupłytowa wersja zrealizowana 30 lat temu wraz z CD 'Konvergencie'. Debiut tej słowackiej formacji (dowodzonej przez wyśmienitego organistę Mariana Vargę) zainspirowany był dokonaniami kompozytorów muzyki klasycznej, a także twórczością The Nice i Procol Harum! Katalogowy album wypełniały trzy mocno rozbudowane utwory, trwające średnio po 13 minut; poza tym do zawartości debiutu zwyczajowo dodano dwa kawałki z debiutanckiej, 13-minutowej EP-ki (z 1970) oraz PREMIEROWĄ na CD, alternatywną wersję genialnego 'Hommage a J.S. Bach', nagraną w 1973 dla wschodnioniemieckiej Amigi. JL Jeden z moich słowackich przyjaciół powiedział mi kiedyś coś co utkwiło mi w pamięci na długie lata: „Kulturę słowacką zawsze porównywano do czeskiej, a to niesprawiedliwy i szkodliwy osąd. Mimo, że jako naród jesteśmy dwa razy mniej liczebni od naszych braci Czechów rekompensowaliśmy to jakością. Wiem, oni mieli świetny Blue Effect, znakomity Progres 2, Synkopy i Pražský výběr, ale za to my mieliśmy Fermatę i fenomenalny COLLEGIUM MUSICUM.„ Zespół utworzył Marián Varga, bardzo utalentowany, były student Konserwatorium Muzycznego w Bratysławskie w klasie fortepianu. Urodzony w małym miasteczku Česká Skalice od szóstego roku pobierał prywatne lekcje u znanego kompozytora, Jana Cikkera. W Konserwatorium był pod opieką dwóch innych, wielce cenionych wykładowców Romana Bergera i Andreja Očenáša. W 1967 roku, po trzech latach studiów Varga niespodziewanie zrezygnował z nauki w szacownej Alma Mater i został członkiem grupy Prúdy nagrywając z nią legendarny album „Zvoňte zvonky”. Dwa lata później, będąc pod wrażeniem płyt zespołu The Nice, wspólnie z Fedorem Frešo (bg), Dušanem Hájkiem (dr) i Fedorem Letňanem (g) założył COLLEGIUM MUSICUM. Wielu widziało w nich słowiańską odpowiedź na formację Keitha Emersona. W repertuarze zespołu, składającym się głównie z utworów instrumentalnych, znalazły się reinterpretacje tematów znanych klasyków takich jak Joseph Haydn, Béla Bartók czy Igor Stravinsky, uzupełnione oryginalnymi kompozycjami. W 1970 roku Letňan pożegnał kolegów, a jego miejsce zajął Rastislav Vacho i w takim składzie nagrali singla „Hommage à JS Bach”/”Ulica plná plášťov do dažďa”. Mała płytka spodobała się fanom prog rocka i zyskała uznanie krytyków. Potem poszło już szybko. 26-28 października 1970 roku w praskim studio należącym do Supraphonu muzycy zarejestrowali materiał na dużą płytę, która pod niewyszukanym tytułem „Collegium Musicum” ukazała się wiosną 1971 roku. Warto wiedzieć, że projekt oryginalnej okładki przedstawiał zespół na zamku w Bratysławie, ale słowacka heraldyka była dla czeskich cenzorów nie do przełknięcia. Grafikę zmieniono, co kompletnie nie miało wpływu na to, że pierwszy słowacki album rockowy wydany przez czeską wytwórnię sprzedał się w nakładzie 140 tysięcy egzemplarzy. To był rekord! Na płycie znalazły się cztery (w tym trzy mocno rozbudowane) kompozycje zdominowane przez instrumenty klawiszowe, głównie organy Hammonda. Są one wszędzie! Myślę, że Varga, któremu nie brakowało wyrazistości i śmiałego podejścia do eksperymentowania opanował je po mistrzowsku i mógł w tym czasie śmiało konkurować z największymi sławami po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Przez cały czas gra wzorowo, a jego organowe solo w „If You Want To Fall” jest obłędne. Szkoda, że gitara, bas i perkusja na tle klawiszy wydają się nieśmiałe i powściągliwe. Jakby stały nieco z boku i bliżej im było do rytmów lat 60-tych, niż do progresywnego rocka. A może mi się tylko tak wydaje..? Jedno jest pewne – tą płytą zespół dobrze wpasował się w ramy prog rocka, z prostymi, bluesowymi riffami w stylu Cream połączonymi z ambitnymi, złożonymi aranżacjami z wykorzystaniem instrumentów dętych i smyczków, które były (przynajmniej na początku) ważną częścią tego stylu. Jest to też jedyny album, który zawiera angielskie wokale Fedora Frešo, choć po prawdzie nie ma tu ich za wiele. Wspomniany wcześniej „If You Want To Fall” ma typowo blues rockowy riff, z doskonałą psychodeliczną sekcją środkową i dobrymi solówkami wszystkich członków. Utwór, który poraził mnie od pierwszego przesłuchania. I lepszego otwarcia tej płyty sobie nie wyobrażam. „Strange Theme” podzielony na dwie części zawiera oprócz klasycznych progresywnych akordów także typowy refren w stylu flower power z lat 60-tych, szaleńcze tempo rodem z „21st Century Schizoid Man” z wplecionym saksofonem, oraz partię gitarową zawierającą długie solo Rastislava Vacho, co było raczej rzadkością w muzyce takiej jak ta. Ostatnie nagranie, „Concerto in D” to aranżacja utworu Haydna z rockowym beatem i niezwykle wierną interpretacją Vargi. Osobiście bardzo mi się podoba. Reasumując – jak na swój czas (i otoczenie) był to naprawdę ambitny album. Tyle, że najlepsze miało dopiero nadejść. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 'Hommage À J. S. Bach' [EP] (1970): 1. Hommage À J. S. Bach 7:12 2. Ulica Plná Plášťov Do Dažďa 6:40 'Collegium Musicum' [LP] (1971): 3. If You Want To Fall 13:23 4. Strange Theme 13:36 5. Concerto In D 12:34 Special Bonus Track: (East German Amiga, 1973) 6. Hommage Á J.S. Bach 7:56 ..::OBSADA::.. Organ, Harpsichord [Cembalo] - Marián Varga Guitar - Pavel Váně (tracks: 1, 2), Rastislav Vacho (tracks: 3, 4, 5) Bass Guitar - Fedor Frešo Vocals - Fedor Frešo (tracks: 3, 4) Drums - Dušan Hájek https://www.youtube.com/watch?v=2R2JyPWnvjM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-29 19:37:17
Rozmiar: 365.13 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Bardzo rzadki, limitowany dwupłytowy CD, zawierający perfekcyjny dźwiękowo, pełen zapis legendarnego, 90-minutowego koncertu z Wenecji z 15 lipca 1989 roku. Dodatkowo jeden utwór z festiwalu w Knebworth 1990. To jest najlepsza dźwiękowo i graficznie kiedykolwiek wydana wersja tego tytułu! ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Shine On You Crazy Diamond (Part 1) 3:00 2. Learning To Fly 5:28 3. Yet Another Movie 6:16 4. Round And Around 0:33 5. Sorrow 9:45 6. The Dogs Of War 7:46 7. On The Turning Away 7:41 8. Time 5:44 9. The Great Gig In The Sky 4:45 CD 2: 1. Wish You Were Here 4:40 2. Money 9:46 3. Another Brick In The Wall (Part 2) 5:25 4. Comfortably Numb 9:31 5. Run Like Hell 7:22 Bonus Track: 6. Shine On You Crazy Diamond (1-3) 10:35 Recorded live at the Grand Canal, Venice, Italy on 15th July 1989. Bonus track recorded live at the Knebworth Festival, Hertfordshire, UK on 30th June 1990. ..::OBSADA::.. Drums - Nick Mason Guitar, Vocals - David Gilmour Keyboards, Vocals - Richard Wright with: Backing Vocals - Durga McBroom, Lorelei McBroom, Rachel Fury Bass, Vocals - Guy Pratt Guitar - Tim Renwick Keyboards, Vocals - Jon Carin Percussion - Gary Wallis Saxophone - Scott Page + Saxophone - Candy Dulfer (Bonus Track) https://www.youtube.com/watch?v=NDzv2vFc1t8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-29 17:24:19
Rozmiar: 227.17 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Bardzo rzadki, limitowany dwupłytowy CD, zawierający perfekcyjny dźwiękowo, pełen zapis legendarnego, 90-minutowego koncertu z Wenecji z 15 lipca 1989 roku. Dodatkowo jeden utwór z festiwalu w Knebworth 1990. To jest najlepsza dźwiękowo i graficznie kiedykolwiek wydana wersja tego tytułu! ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Shine On You Crazy Diamond (Part 1) 3:00 2. Learning To Fly 5:28 3. Yet Another Movie 6:16 4. Round And Around 0:33 5. Sorrow 9:45 6. The Dogs Of War 7:46 7. On The Turning Away 7:41 8. Time 5:44 9. The Great Gig In The Sky 4:45 CD 2: 1. Wish You Were Here 4:40 2. Money 9:46 3. Another Brick In The Wall (Part 2) 5:25 4. Comfortably Numb 9:31 5. Run Like Hell 7:22 Bonus Track: 6. Shine On You Crazy Diamond (1-3) 10:35 Recorded live at the Grand Canal, Venice, Italy on 15th July 1989. Bonus track recorded live at the Knebworth Festival, Hertfordshire, UK on 30th June 1990. ..::OBSADA::.. Drums - Nick Mason Guitar, Vocals - David Gilmour Keyboards, Vocals - Richard Wright with: Backing Vocals - Durga McBroom, Lorelei McBroom, Rachel Fury Bass, Vocals - Guy Pratt Guitar - Tim Renwick Keyboards, Vocals - Jon Carin Percussion - Gary Wallis Saxophone - Scott Page + Saxophone - Candy Dulfer (Bonus Track) https://www.youtube.com/watch?v=NDzv2vFc1t8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-29 17:20:30
Rozmiar: 703.84 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 18 - Sessions 6 July 31, 1969 1. Moonchild Takes 1 To 8 21:14 2. Moonchild Take 9 (Complete) 12:35 August 6, 1969 3. Trailer Take And Take Overdubbed 3:48 4. Pipe Organ Takes 1:45 5. Wind Noise Takes 17:17 August 13, 1969 6. The Court Of The Crimson King Takes 19:24 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-29 14:55:14
Rozmiar: 175.29 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
|
|||||||||||||