|
|
|||||||||||||
|
Ostatnie 10 torrentów
Ostatnie 10 komentarzy
Discord
Wygląd torrentów:
Kategoria:
Muzyka
Gatunek:
Progressive Rock
Ilość torrentów:
72
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Limitowany, wydany w niewielkim nakładzie, kolekcjonerski 155-minutowy CD, zawierający głównie świetny i po remasteringu niemal świetnie brzmiący występ z Cleveland, Ohio, z listopada 1971 - zarejestrowany podczas amerykańskiej trasy koncertowej promującej wydany właśnie LP 'Meddle'. Zespół tradycyjnie wykonał swoje najpopularniejsze/najlepsze utwory, m.in. suity Atom Heart Mother i Echoes! To jest PF jaki najbardziej uwielbiam - wciąż eksperymentalny, wciąż jeszcze czarujący psychodelicznym, zdecydowanie rockowym brzmieniem, ale będący w przededniu ogromnego, komercyjnego przełomu. Potem (po 1972 roku) to już nie było to... Dodatkowo umieszczono zarejestrowaną dwa tygodnie potem, nieco gorzej brzmiącą, ale absolutnie unikalną, aż 27-minutową wersję (niepublikowanego na żadnej, studyjnej płycie) Embryo! Powodem tych dodatkowych 12-15 minut była awaria klawiszy Richarda Wrighta, więc zespół musiał improwizować w trio! JL ..::TRACK-LIST::.. Live at Emerson Gym, Case Western Reserve University, Cleveland, OH. USA 6th November 1971. CD 1: 1. The Embryo 2. Fat Old Sun 3. Set The Controls For The Heart Of The Sun 4. Atom Heart Mother 5. Cymbaline 6. One Of These Days CD 2: 1. Careful With That Axe Eugene 2. Echoes 3. Blues Bonus Track: 4. Embryo (the longest live version ever) ..::OBSADA::.. Bass Guitar, Vocals - Roger Waters Drums - Nick Mason Guitar, Vocals - David Gilmour Keyboards, Vocals - Richard Wright https://www.youtube.com/watch?v=vE2m4BE08dk SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-02 16:02:52
Rozmiar: 357.04 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Limitowany, wydany w niewielkim nakładzie, kolekcjonerski 155-minutowy CD, zawierający głównie świetny i po remasteringu niemal świetnie brzmiący występ z Cleveland, Ohio, z listopada 1971 - zarejestrowany podczas amerykańskiej trasy koncertowej promującej wydany właśnie LP 'Meddle'. Zespół tradycyjnie wykonał swoje najpopularniejsze/najlepsze utwory, m.in. suity Atom Heart Mother i Echoes! To jest PF jaki najbardziej uwielbiam - wciąż eksperymentalny, wciąż jeszcze czarujący psychodelicznym, zdecydowanie rockowym brzmieniem, ale będący w przededniu ogromnego, komercyjnego przełomu. Potem (po 1972 roku) to już nie było to... Dodatkowo umieszczono zarejestrowaną dwa tygodnie potem, nieco gorzej brzmiącą, ale absolutnie unikalną, aż 27-minutową wersję (niepublikowanego na żadnej, studyjnej płycie) Embryo! Powodem tych dodatkowych 12-15 minut była awaria klawiszy Richarda Wrighta, więc zespół musiał improwizować w trio! JL ..::TRACK-LIST::.. Live at Emerson Gym, Case Western Reserve University, Cleveland, OH. USA 6th November 1971. CD 1: 1. The Embryo 2. Fat Old Sun 3. Set The Controls For The Heart Of The Sun 4. Atom Heart Mother 5. Cymbaline 6. One Of These Days CD 2: 1. Careful With That Axe Eugene 2. Echoes 3. Blues Bonus Track: 4. Embryo (the longest live version ever) ..::OBSADA::.. Bass Guitar, Vocals - Roger Waters Drums - Nick Mason Guitar, Vocals - David Gilmour Keyboards, Vocals - Richard Wright https://www.youtube.com/watch?v=vE2m4BE08dk SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-02 15:58:03
Rozmiar: 892.65 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Yes, this is the same After the Fire that brought us the English language cover of Falco's "Der Kommisar". Of course, that's the song that they're best known for. Would it surprise you that they actually started off as a prog rock band? That's true! They were a Christian-oriented band but I never found their lyrics proselytizing. In 1978 they released Signs of Life and is nothing like the new wave albums they would release. This is your keyboard-driven prog, lots of Hammond organ and Moog, in the ELP, Genesis, and perhaps Greenslade style, with the occasional venture into English folk influences that's not a million miles away from the likes of Fairport Convention or Steeleye Span (but no female vocals). Keyboardist Peter Banks had to rename himself "Memory" Banks to avoid confusion with the ex-Yes guitarist with the same name. Peter Banks was also in a band called Narnia who released an album called Aslan is not a Tame Lion in 1974. Given Signs of Life was released in 1978, the band realized that prog was pretty much a dead end. They quickly signed a deal with CBS, and turned to new wave. Signs of Life, is the only album you need from them if you're a prog rock fan. Unfortunately I didn't find this to be the lost gem of progressive rock, some passages seem a bit insipid to my ears, but it's still worth getting. For the new wave fans of the band (those who enjoy "Der Kommisar"), be prepared for a shock. Progfan97402 ..::TRACK-LIST::.. CD 1 - Signs Of Change (1978): 1. Dance Of The Marionette 7:03 2. Back To The Light 4:31 3. Now That I've Found 8:13 4. Signs Of Change 8:07 5. Jigs 2:59 6. Pilgrim 11:21 Bonus Tracks: 7. Samaritan Woman 11:04 8. Dreamaway 9:51 9. Hallelujah 6:31 10. Back To The Light (Demo) 5:09 ..::OBSADA::.. Vocals - Andy Piercy Guitar - Andy Piercy Keyboards - 'Memory' Banks Bass Guitar - Nick Battle Drums - Ivor Twidell + Ian Adamson - drums (7-10) Robin Childs - bass (8,10) https://www.youtube.com/watch?v=n2XjEYvTKoE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-01 17:09:59
Rozmiar: 173.21 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Yes, this is the same After the Fire that brought us the English language cover of Falco's "Der Kommisar". Of course, that's the song that they're best known for. Would it surprise you that they actually started off as a prog rock band? That's true! They were a Christian-oriented band but I never found their lyrics proselytizing. In 1978 they released Signs of Life and is nothing like the new wave albums they would release. This is your keyboard-driven prog, lots of Hammond organ and Moog, in the ELP, Genesis, and perhaps Greenslade style, with the occasional venture into English folk influences that's not a million miles away from the likes of Fairport Convention or Steeleye Span (but no female vocals). Keyboardist Peter Banks had to rename himself "Memory" Banks to avoid confusion with the ex-Yes guitarist with the same name. Peter Banks was also in a band called Narnia who released an album called Aslan is not a Tame Lion in 1974. Given Signs of Life was released in 1978, the band realized that prog was pretty much a dead end. They quickly signed a deal with CBS, and turned to new wave. Signs of Life, is the only album you need from them if you're a prog rock fan. Unfortunately I didn't find this to be the lost gem of progressive rock, some passages seem a bit insipid to my ears, but it's still worth getting. For the new wave fans of the band (those who enjoy "Der Kommisar"), be prepared for a shock. Progfan97402 ..::TRACK-LIST::.. CD 1 - Signs Of Change (1978): 1. Dance Of The Marionette 7:03 2. Back To The Light 4:31 3. Now That I've Found 8:13 4. Signs Of Change 8:07 5. Jigs 2:59 6. Pilgrim 11:21 Bonus Tracks: 7. Samaritan Woman 11:04 8. Dreamaway 9:51 9. Hallelujah 6:31 10. Back To The Light (Demo) 5:09 ..::OBSADA::.. Vocals - Andy Piercy Guitar - Andy Piercy Keyboards - 'Memory' Banks Bass Guitar - Nick Battle Drums - Ivor Twidell + Ian Adamson - drums (7-10) Robin Childs - bass (8,10) https://www.youtube.com/watch?v=n2XjEYvTKoE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-01 17:04:16
Rozmiar: 476.67 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Świetnie brzmiąca i atrakcyjnie się prezentująca reedycja nagranego w 1972 roku w Londynie i oryginalnie wydanego prywatnie przez zespół jedynego, za to kapitalnego albumu islandzkiej formacji. Muzycy Svanfridur grali ambitnego i bardzo atmosferycznego, klasycznego rocka progresywnego, z wyraźnymi wpływami psychodelii, folku, jazzu oraz ciężkich brzmień. Muzykę kwartetu można pobieżnie określić jako połączenie stylistyki Jethro Tull (ze znacznie mniejszą ilością fletu), Wishbone Ash, Gnidrolog, Curved Air oraz East Of Eden. Było to zdecydowanie brytyjskie grania, ale z dużą dozą skandynawskiego mroku i melancholii - bardzo wyrafinowane, trochę trudno do ogarnięcia na raz, ale na swój sposób poukładane i wpadające w ucho. Niemal każdy fan starego, dobrego rocka powinien być tą płytą zachwycony! Obecnie pierwsze wydanie w idealnym stanie warte jest 1000 euro! JL The Icelandic prog-rock band Svanfrídur released only one album, recorded six months after they played their first gig. This short-lived band rapidly rose to fame, receiving rave reviews for live performances, but in fact, their music was way ahead of its time. They were unable to seal a recording contract, so they formed their own label -- Swan Records. When the album What's Hidden There? was released in autumn 1972, it got mixed reviews and sold only a few hundred copies, leaving the band with a great album, but sadly, not the income they had been hoping for. Recorded at London's Majestic Studios, the album was cut and pressed in England. Perhaps one of the best heavy prog/underground albums from Scandinavia, with amazing guitar and all English vocals. Would have been a famous and successful album on Decca UK. Includes a 12-page booklet. ..::TRACK-LIST::.. 1. The Woman Of Our Day 3:12 2. The Mug 4:50 3. Please Bend 4:47 4. What's Hidden There? 4:06 5. Did You Find It? 2:08 6. What Now You People Standing By 7:58 7. Give Me Some Gas 5:12 8. My Dummy 4:15 9. Finido 3:44 ..::OBSADA::.. Lead Vocals - Pétur Kristjánsson Drums, Percussion - Sigurdur Karlsson Electric Guitar, Acoustic Guitar - Birgir Hrafnsson Bass - Gunnar Hermannsson + Grand Piano, Synthesizer [Mini Moog], Violin, Flute, Vocals - Sigurður R. Jónsson (tracks: 2, 6) Backing Vocals - Birgir Hrafnsson (tracks: 2, 6), Gunnar Hermannsson (tracks: 2) https://www.youtube.com/watch?v=PHFGR3GLP10 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-31 21:15:59
Rozmiar: 94.27 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Świetnie brzmiąca i atrakcyjnie się prezentująca reedycja nagranego w 1972 roku w Londynie i oryginalnie wydanego prywatnie przez zespół jedynego, za to kapitalnego albumu islandzkiej formacji. Muzycy Svanfridur grali ambitnego i bardzo atmosferycznego, klasycznego rocka progresywnego, z wyraźnymi wpływami psychodelii, folku, jazzu oraz ciężkich brzmień. Muzykę kwartetu można pobieżnie określić jako połączenie stylistyki Jethro Tull (ze znacznie mniejszą ilością fletu), Wishbone Ash, Gnidrolog, Curved Air oraz East Of Eden. Było to zdecydowanie brytyjskie grania, ale z dużą dozą skandynawskiego mroku i melancholii - bardzo wyrafinowane, trochę trudno do ogarnięcia na raz, ale na swój sposób poukładane i wpadające w ucho. Niemal każdy fan starego, dobrego rocka powinien być tą płytą zachwycony! Obecnie pierwsze wydanie w idealnym stanie warte jest 1000 euro! JL The Icelandic prog-rock band Svanfrídur released only one album, recorded six months after they played their first gig. This short-lived band rapidly rose to fame, receiving rave reviews for live performances, but in fact, their music was way ahead of its time. They were unable to seal a recording contract, so they formed their own label -- Swan Records. When the album What's Hidden There? was released in autumn 1972, it got mixed reviews and sold only a few hundred copies, leaving the band with a great album, but sadly, not the income they had been hoping for. Recorded at London's Majestic Studios, the album was cut and pressed in England. Perhaps one of the best heavy prog/underground albums from Scandinavia, with amazing guitar and all English vocals. Would have been a famous and successful album on Decca UK. Includes a 12-page booklet. ..::TRACK-LIST::.. 1. The Woman Of Our Day 3:12 2. The Mug 4:50 3. Please Bend 4:47 4. What's Hidden There? 4:06 5. Did You Find It? 2:08 6. What Now You People Standing By 7:58 7. Give Me Some Gas 5:12 8. My Dummy 4:15 9. Finido 3:44 ..::OBSADA::.. Lead Vocals - Pétur Kristjánsson Drums, Percussion - Sigurdur Karlsson Electric Guitar, Acoustic Guitar - Birgir Hrafnsson Bass - Gunnar Hermannsson + Grand Piano, Synthesizer [Mini Moog], Violin, Flute, Vocals - Sigurður R. Jónsson (tracks: 2, 6) Backing Vocals - Birgir Hrafnsson (tracks: 2, 6), Gunnar Hermannsson (tracks: 2) https://www.youtube.com/watch?v=PHFGR3GLP10 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-31 21:10:58
Rozmiar: 261.89 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1979 roku, wyśmienitego, drugiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton), Roxy Music (Eddie Jobson) i Zappy (Terry Bozzio - znany m.in. z LP "Zoot Allures"). Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut z radiowego koncertu w perfekcyjnej jakości (w tym 10-minutowy, niepublikowany na płycie zespołu "The Sahara Of Snow") oraz rzadka B-strona singla. Dźwiękowo ten CD bije na głowę wszystkie wcześniejsze edycje. JL “Danger Money” na pewno nie była tak wyrafinowana muzycznie, jak debiut. Już słychać, że Wetton próbuje ciągnąć UK w nieco inną stronę. Nie ma już w zespole tych, którzy by mu się sprzeciwili – Bruford i Holdsworth odeszli. Na miejsce Brufforda przyszedł perkusista od Zappy – Terry Bozzio. A za Holdswortha nie przyszedł nikt. I zespół kontynuował działalność jako trio. Brak Holdswortha czuje się od razu. Jeżeli “UK” było pewną całością, to “Danger Money” to już po prostu sześć osobnych kompozycji. Faktycznie ta muzyka nieco się różni od tego, co było na debiutanckiej płycie. I jeżeli debiut był płytą zespołową, gdzie każdy wniósł swój udział, to na “Danger Money” przewodzą Wetton z Jobsonem, a Bozzio jest od rytmicznego walenia w bębny. Nie, no o perkuście od Zappy tak napisać nie wolno – Bozzio GRA na bębnach. Z Bruffordem i Holdsworthem odeszły jazzowe wpływy. Wetton i Jobson pociągnęli to w rockową stronę. Nie ma oczywiście mowy o żadnych, artystycznych kompromisach. A na tej płycie jest najbardziej znany utwór UK – “Rendezvous 6.02” i chyba najlepszy - “Carrying No Cross”. Większość osób znających UK zaczynało znajomość właśnie od tej przepięknej ballady, którą do tej pory Wetton wykonuje na swoich koncertach. Kiedy kupowałem “Night After Night” (jeszcze na winylu, ponad 20 lat temu) to przede wszystkim patrzyłem, czy ten utwór na niej jest. A rewelacyjne “Carrying No Cross”? – kiedy Wetton krzyczy “Stop!” i wszystko cichnie, nieodmiennie ciarki przechodzą mi po plecach. A szalejący na skrzypcach Jobson w “Ceasar’s Palace Blues”. Tytułowy “Danger Money” zaczyna się klawiszowym, nieco pompatycznym wstępem, który gładko przechodzi w prawie hard-rockowy utwór, mocne klawisze, dynamiczny wokal Wettona. A przebojowy “Nothing to Lose” to już pierwszy zwiastun Asii? Wiele wspaniałych rzeczy się na tej płycie dzieje. Praktycznie o wszystkich utworach można dużo dobrego napisać. Pewnego rodzaju post scriptum dla UK była solowa płyta Billa Brufforda nagrana przy pomocy Alana Holdswortha - “One of The Kind”. Zawierała dwuczęściowy “The Sahara of Snow”, utwór znany z koncertowego repertuaru UK. Ale “Danger Money” było lepsze. Wojciech Kapała Choć działalność U.K. przypadła na ciężkie czasy dla ambitniejszych form rocka, debiutancki album supergrupy sprzedawał się całkiem nieźle - trafiając na listy po obu stronach Atlantyku - a jego koncerty cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zespół nie był jednak w stanie przetrwać z innego powodu. Muzycy mieli różne wizje artystyczne. Eddie Jobson opowiadał się za rockiem progresywnym w jak najbardziej klasycznym wydaniu, Johna Wettona coraz bardziej ciągnęło w stronę komercyjnych piosenek, a Bill Bruford i Allan Holdsworth chcieli zwrotu w bardziej jazz-rockowym kierunku. Ostatnia dwójka wkrótce odeszła, zakładając grupę Bruford (wspólnie z Dave'em Stewartem i Jeffem Berlinem), natomiast Jobson i Wetton chwilowo zdołali się porozumieć na gruncie muzycznym i po dodaniu do składu byłego perkusisty Franka Zappy, Terry'ego Bozzio, zarejestrowali materiał na drugi album U.K. Wraz z odejściem Bruforda i Holdswortha całkowicie zniknęły wpływy jazz-rockowe. Zespół zaprezentował muzykę bliższą twórczości Emerson, Lake & Palmer. Nie tylko ze względu na podobne instrumentarium (klawisze, bas i perkusja; u ELP sporadycznie dochodziła do tego gitara, u U.K. pojawiały się skrzypce). Podobne jest też chociażby brzmienie - Jobson częściej sięga tu po elektryczne organy, zamiast dominujących na debiucie syntezatorów (sądząc po brzmieniu wydanego w tym samym roku "One of a Kind" Bruford, to właśnie byli muzycy forsowali stosowanie współcześniejszych brzmień, które swoją drogą zestarzały się bardziej). Sama muzyka jest oczywiście inna, mniej złożona, nie zdradza też tak oczywistych wpływów muzyki poważnej. Bronią się tu jednak przede wszystkim utwory, które powstały jeszcze przed rozpadem oryginalnego składu. Bardzo fajny jest "Caesar's Palace Blues", wyróżniający się prominentną rolą skrzypiec i ciężką, ale nie toporną grą sekcji rytmicznej. Zbliżony poziom prezentuje rozbudowany "Carrying No Cross". Nie zgadzam się z twierdzeniami jakoby było to dzieło porównywalne ze "Starless" King Crimson - zdecydowanie wiele mu brakuje pod względem nastroju, budowania napięcia i finezji, nie rozwija się w tak doskonały sposób, a do tego momentami drażni nieco tandetnym brzmieniem klawiszy. Wciąż jednak jest to całkiem solidne nagranie, udanie przywołujące klimat klasycznego proga. To ostatnie udaje się także w żywszym "The Only Thing She Needs", z bardzo emersonowskimi partiami organów i niebanalną grą sekcji rytmicznej. Podobać może się też śpiew Wettona, który fajnie wchodzi w nietypowe dla siebie, wyższe rejestry. Zresztą na całym albumie jego śpiew prezentuje się co najmniej przyzwoicie, z czym później było już coraz gorzej. Zdecydowanie mniej przekonują mnie nowsze kompozycje. W tytułowym "Danger Money" wciąż słychać całkiem przyjemne nawiązania do klasycznego proga i pod względem muzycznym jest to naprawdę przyzwoite nagranie, jednak warstwa wokalna w refrenie, składającym się z powtarzania tytułu, jest strasznie banalna. Natomiast całkowicie odpychające są dla mnie kawałki singlowe. "Rendezvous 6:02" to przesłodzona ballada z anemicznym wykonaniem i kiczowatym brzmieniem. Paskudne to strasznie. A chyba jeszcze szpetniej wypada żywszy "Nothing to Lose", z podobnie tandetnym brzmieniem, bezwstydnie popadający w poprockową sztampę. Sytuacji nie ratują nawet całkiem fajne partie basu i skrzypiec we fragmencie instrumentalnym. To coś więcej niż zapowiedź późniejszej twórczości Wettona z grupą Asia - to już dokładnie ta sama, przeokropna stylistyka. Jeśli tak miała wyglądać przyszłość rocka progresywnego - a poniekąd tak właśnie wyglądała - to pozostaje tylko się cieszyć z wybuchu tzw. punkowej rewolucji, która zepchnęła tego typu granie na margines i zrobiła miejsce dla ciekawszych rzeczy, jak post-punk i nowa fala. Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. Danger Money 8:14 2. Rendezvous 6:02 4:58 3. The Only Thing She Needs 7:53 4. Caesar's Palace Blues 4:45 5. Nothing To Lose 3:55 6. Carrying No Cross 12:22 Bonus Tracks: 7. When Will You Realize (Single B-Side, 1979) 3:23 8. Carrying No Cross (Live) 10:10 9. The Only Thing She Needs (Live) 7:09 10. Caesar's Palace Blues (Live) 4:27 11. The Sahara Of Snow (Live) 9:50 Tracks 7 to 10 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA, USA on September 11th, 1978. Track 11 recorded live at El Mocambo, Toronto, Ontario, Canada on June 26th, 1973. ..::OBSADA::.. Keyboards, Electric Violin - Eddie Jobson Lead Vocals, Bass - John Wetton Drums, Percussion - Terry Bozzio https://www.youtube.com/watch?v=ttCBMLQMnv0 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-31 12:20:36
Rozmiar: 178.92 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1979 roku, wyśmienitego, drugiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton), Roxy Music (Eddie Jobson) i Zappy (Terry Bozzio - znany m.in. z LP "Zoot Allures"). Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut z radiowego koncertu w perfekcyjnej jakości (w tym 10-minutowy, niepublikowany na płycie zespołu "The Sahara Of Snow") oraz rzadka B-strona singla. Dźwiękowo ten CD bije na głowę wszystkie wcześniejsze edycje. JL “Danger Money” na pewno nie była tak wyrafinowana muzycznie, jak debiut. Już słychać, że Wetton próbuje ciągnąć UK w nieco inną stronę. Nie ma już w zespole tych, którzy by mu się sprzeciwili – Bruford i Holdsworth odeszli. Na miejsce Brufforda przyszedł perkusista od Zappy – Terry Bozzio. A za Holdswortha nie przyszedł nikt. I zespół kontynuował działalność jako trio. Brak Holdswortha czuje się od razu. Jeżeli “UK” było pewną całością, to “Danger Money” to już po prostu sześć osobnych kompozycji. Faktycznie ta muzyka nieco się różni od tego, co było na debiutanckiej płycie. I jeżeli debiut był płytą zespołową, gdzie każdy wniósł swój udział, to na “Danger Money” przewodzą Wetton z Jobsonem, a Bozzio jest od rytmicznego walenia w bębny. Nie, no o perkuście od Zappy tak napisać nie wolno – Bozzio GRA na bębnach. Z Bruffordem i Holdsworthem odeszły jazzowe wpływy. Wetton i Jobson pociągnęli to w rockową stronę. Nie ma oczywiście mowy o żadnych, artystycznych kompromisach. A na tej płycie jest najbardziej znany utwór UK – “Rendezvous 6.02” i chyba najlepszy - “Carrying No Cross”. Większość osób znających UK zaczynało znajomość właśnie od tej przepięknej ballady, którą do tej pory Wetton wykonuje na swoich koncertach. Kiedy kupowałem “Night After Night” (jeszcze na winylu, ponad 20 lat temu) to przede wszystkim patrzyłem, czy ten utwór na niej jest. A rewelacyjne “Carrying No Cross”? – kiedy Wetton krzyczy “Stop!” i wszystko cichnie, nieodmiennie ciarki przechodzą mi po plecach. A szalejący na skrzypcach Jobson w “Ceasar’s Palace Blues”. Tytułowy “Danger Money” zaczyna się klawiszowym, nieco pompatycznym wstępem, który gładko przechodzi w prawie hard-rockowy utwór, mocne klawisze, dynamiczny wokal Wettona. A przebojowy “Nothing to Lose” to już pierwszy zwiastun Asii? Wiele wspaniałych rzeczy się na tej płycie dzieje. Praktycznie o wszystkich utworach można dużo dobrego napisać. Pewnego rodzaju post scriptum dla UK była solowa płyta Billa Brufforda nagrana przy pomocy Alana Holdswortha - “One of The Kind”. Zawierała dwuczęściowy “The Sahara of Snow”, utwór znany z koncertowego repertuaru UK. Ale “Danger Money” było lepsze. Wojciech Kapała Choć działalność U.K. przypadła na ciężkie czasy dla ambitniejszych form rocka, debiutancki album supergrupy sprzedawał się całkiem nieźle - trafiając na listy po obu stronach Atlantyku - a jego koncerty cieszyły się sporym zainteresowaniem. Zespół nie był jednak w stanie przetrwać z innego powodu. Muzycy mieli różne wizje artystyczne. Eddie Jobson opowiadał się za rockiem progresywnym w jak najbardziej klasycznym wydaniu, Johna Wettona coraz bardziej ciągnęło w stronę komercyjnych piosenek, a Bill Bruford i Allan Holdsworth chcieli zwrotu w bardziej jazz-rockowym kierunku. Ostatnia dwójka wkrótce odeszła, zakładając grupę Bruford (wspólnie z Dave'em Stewartem i Jeffem Berlinem), natomiast Jobson i Wetton chwilowo zdołali się porozumieć na gruncie muzycznym i po dodaniu do składu byłego perkusisty Franka Zappy, Terry'ego Bozzio, zarejestrowali materiał na drugi album U.K. Wraz z odejściem Bruforda i Holdswortha całkowicie zniknęły wpływy jazz-rockowe. Zespół zaprezentował muzykę bliższą twórczości Emerson, Lake & Palmer. Nie tylko ze względu na podobne instrumentarium (klawisze, bas i perkusja; u ELP sporadycznie dochodziła do tego gitara, u U.K. pojawiały się skrzypce). Podobne jest też chociażby brzmienie - Jobson częściej sięga tu po elektryczne organy, zamiast dominujących na debiucie syntezatorów (sądząc po brzmieniu wydanego w tym samym roku "One of a Kind" Bruford, to właśnie byli muzycy forsowali stosowanie współcześniejszych brzmień, które swoją drogą zestarzały się bardziej). Sama muzyka jest oczywiście inna, mniej złożona, nie zdradza też tak oczywistych wpływów muzyki poważnej. Bronią się tu jednak przede wszystkim utwory, które powstały jeszcze przed rozpadem oryginalnego składu. Bardzo fajny jest "Caesar's Palace Blues", wyróżniający się prominentną rolą skrzypiec i ciężką, ale nie toporną grą sekcji rytmicznej. Zbliżony poziom prezentuje rozbudowany "Carrying No Cross". Nie zgadzam się z twierdzeniami jakoby było to dzieło porównywalne ze "Starless" King Crimson - zdecydowanie wiele mu brakuje pod względem nastroju, budowania napięcia i finezji, nie rozwija się w tak doskonały sposób, a do tego momentami drażni nieco tandetnym brzmieniem klawiszy. Wciąż jednak jest to całkiem solidne nagranie, udanie przywołujące klimat klasycznego proga. To ostatnie udaje się także w żywszym "The Only Thing She Needs", z bardzo emersonowskimi partiami organów i niebanalną grą sekcji rytmicznej. Podobać może się też śpiew Wettona, który fajnie wchodzi w nietypowe dla siebie, wyższe rejestry. Zresztą na całym albumie jego śpiew prezentuje się co najmniej przyzwoicie, z czym później było już coraz gorzej. Zdecydowanie mniej przekonują mnie nowsze kompozycje. W tytułowym "Danger Money" wciąż słychać całkiem przyjemne nawiązania do klasycznego proga i pod względem muzycznym jest to naprawdę przyzwoite nagranie, jednak warstwa wokalna w refrenie, składającym się z powtarzania tytułu, jest strasznie banalna. Natomiast całkowicie odpychające są dla mnie kawałki singlowe. "Rendezvous 6:02" to przesłodzona ballada z anemicznym wykonaniem i kiczowatym brzmieniem. Paskudne to strasznie. A chyba jeszcze szpetniej wypada żywszy "Nothing to Lose", z podobnie tandetnym brzmieniem, bezwstydnie popadający w poprockową sztampę. Sytuacji nie ratują nawet całkiem fajne partie basu i skrzypiec we fragmencie instrumentalnym. To coś więcej niż zapowiedź późniejszej twórczości Wettona z grupą Asia - to już dokładnie ta sama, przeokropna stylistyka. Jeśli tak miała wyglądać przyszłość rocka progresywnego - a poniekąd tak właśnie wyglądała - to pozostaje tylko się cieszyć z wybuchu tzw. punkowej rewolucji, która zepchnęła tego typu granie na margines i zrobiła miejsce dla ciekawszych rzeczy, jak post-punk i nowa fala. Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. Danger Money 8:14 2. Rendezvous 6:02 4:58 3. The Only Thing She Needs 7:53 4. Caesar's Palace Blues 4:45 5. Nothing To Lose 3:55 6. Carrying No Cross 12:22 Bonus Tracks: 7. When Will You Realize (Single B-Side, 1979) 3:23 8. Carrying No Cross (Live) 10:10 9. The Only Thing She Needs (Live) 7:09 10. Caesar's Palace Blues (Live) 4:27 11. The Sahara Of Snow (Live) 9:50 Tracks 7 to 10 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA, USA on September 11th, 1978. Track 11 recorded live at El Mocambo, Toronto, Ontario, Canada on June 26th, 1973. ..::OBSADA::.. Keyboards, Electric Violin - Eddie Jobson Lead Vocals, Bass - John Wetton Drums, Percussion - Terry Bozzio https://www.youtube.com/watch?v=ttCBMLQMnv0 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-31 12:14:48
Rozmiar: 535.32 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Wydany pod koniec 1970 roku wspaniały, progresywny i bez wątpienia pionierski album z wyraziście jazzowymi elementami - nagrany przez późniejszych muzyków Gong, Caravan, Nucleus i Soft Machine. Ten trwający 79 minut CD zawiera kapitalne, rozbudowane i pozbawione muzycznej waty kompozycje, gęste brzmienie, a przede wszystkim fantastyczny, emocjonalny (i na szczęście pozbawiony popularnej wówczas chrypki...), kobiecy wokal Carol Grimes - jednej z najlepszych, ówczesnych wokalistek rockowych! To, jak dobry jest ten album słychać dosłownie od pierwszych 10-20 sekund! UWAGA! Od dawna niedostępna, wcześniejsza wersja CD sygnowana była nazwą Delivery, ale oryginalny winyl (wiernie zreprodukowany w tym booklecie) podpisany był jako Carol Grimes And Delivery. Dodatkowo dołączono 6 nagrań, w tym B-stronę rzadkiego singla z 1970 oraz krótki występ dla radia BBC. Świetny dźwięk! JL Fools Meeting - and what a meeting it is !!! This album features an eclectic blend of Blues and Jazz with a very progressive approach. Starring an impressive cast of (future) Canterbury luminaries ; Phil Miller (Guitars), his brother Steve on Piano, Pip Pyle (Drums) Roy Babbington (Bass Guitar) - one cannot help but to expect something special. Add to this the sweet, sweet voice of one Carol Grimes (and boy, does she sing her heart out). Her vocal styling is full of tremolo, something akin to Grace Slick or Signe Anderson from the early Jefferson Airplane, and also special guest Lol Coxhill (Saxophones), whose contribution to the songs is priceless. Phil M's trademark style of Guitaring can be witnessed here, as he holds many solo spots, and is the main composer. Steve M's jazzy Piano playing has a unique air to it - at times his Piano doesn't have sustain, so his notes are short and sharp, making for a more interesting sound. The rhythm section is quite excellent - Babbington is already playing with amazing skill and dexterity, those that are familiar with the Karl Jenkins led Soft Machine should agree that he is quite a Bassist. Pyle's Drumming is very busy, and he shows often that he can play outside the confines of regular 4/4 beats. Coxhill is up there with the likes of Elton Dean and Gary Windo, with his lungs full of fury, blowing up a whirlwind of seldom heard sounds with his affected Sax. Of the 8 tracks on the LP (Tapestry re-issue, couldn't afford an original - been searching since around 1990) there is rarely a dull moment, each song is constructed in such a way that changes tempos regularly and never stays too long in one place. The music is not particularly indicative of 'Canterbury', the more Bluesy moments are when Grimes is singing, the instrumental parts suddenly take off in another direction, be it Jazz, Avant-Garde or Rock. I suppose if Steve utilised some fuzzy organs and e-piano it could be a genuine Canterbury sounding article. Best songs are possibly 'Miserable Man' (8.28), 'Home Made Ruin' (3.23), 'The Wrong Time' (7.50), and 'Fighting It Out' (5.48), but the album as a whole is an enlightening experience. Tom Ozric As was often the case for progressive albums released on the cusp of 1970, Delivery's one and only LP Fool's Meeting sounds torn between prog innovations and the blues and psychedelic obsession of the late 1960's. In the case of this Canterbury Scene proto-supergroup (most of the members would go on to great success with the likes of Caravan, Gong and Soft Machine, among others) it's the fetishized American blues rock that keeps them grounded in the past. Although they do it well, it ultimately holds Fool's Meeting from being as distinguished and memorable as some of the records these musicians would work in later incarnations of their careers. When it comes to this late Sixties' British response to longstanding American blues tradition, I'm most inclined to point the finger at the first two records from Led Zeppelin's career; there was no doubting where most of Zeppelin's influence was coming from, but they added a new kick that made it interesting. Delivery does much the same on Fool's Meeting, with the notable exception that while Led Zeppelin amped up blues with the fuzz of hard rock and proto-metal, Delivery has imbued the style with the nuance and interplay of jazz music. It's an incredibly promising combination, and when Delivery successfully manage to pair the two, the result is significant. "Miserable Man" in particular is a fantastic example wherein Delivery nail the atmosphere of both styles. Disappointingly, as the album progresses, the jazz aspect becomes less prominent, leaving the dated blues rock to preside, complete with predictable 12 Bar songwriting patterns. Delivery's jazz rock still finds its way through the cracks in the form of the occasional saxophone solo (as is the case in "Fighting it Out", but the excellent promise of Delivery's style doesn't feel realized here. Very fortunately for after-the-fact listeners however, the scaled fusion of jazz with psych and rhythmic rock would found the basis of the Canterbury Scene. While the musicianship on the album is appropriately strong, the most memorable element of Delivery's music is undoubtedly the smoky voice of Carol Grimes. Although she's the only member that wouldn't have a lasting impact on the Canterbury Scene past Delivery, her vocals are excellent, wrapped up in a confident vibrato and charismatic presence that might warrant comparison to Robert Plant's bluesy howling on the early Zeppelin albums. More common comparisons to Jefferson Airplane's Grace Slick are not beyond reason, but Carol Grimes takes a fiercer approach to her vocals. She would go on to play with a host of blues and jazz acts as the years went on, and while her post-Delivery albums might be worth checking out for her voice alone, it's something of a disappointment that we didn't get to hear her voice in any more progressive rock. With a voice like hers, I'm surprised she didn't become more of a legend. There's a gaggle of female vocalists in the 'occult retro rock' scene today that are trying to sound exactly like her, most probably without ever knowing it. Of course, none have ever truly succeeded. To my chagrin, the Canterbury Scene has generally alluded my progressive rock listening experience. For what it's worth, Fool's Meeting is more than enough to pique my interest in the style, with the full knowledge that the album has only scratched the surface. Carol Grimes and Delivery have earned their respective spots as quiet legends in the British rock pantheon. Especially if you're a fan of Caravan, Gong, Hatfield and the North, National Health, Soft Machine or any of the other bands these guys would play future roles in, Delivery should stand as an excellent history lesson. Conor Fynes ..::TRACK-LIST::.. 1. Blind To Your Light 05:06 2. Miserable Man 08:28 3. Home Made Ruin 03:23 4. Is It Really The Same 05:45 5. We Were Satisfied 04:03 6. The Wrong Time 07:51 7. Fighting It Out 05:49 8. Fools Meeting 05:26 Bonus Tracks: 9. Harry Lucky (Single A-side, August 1970) 03:42 10. Home Made Ruin (Alternate Take) 02:57 11. One For You (Recorded by Delivery in 1971) 07:40 12. Is It Really The Same (BBC Live, 1970) 05:20 13. Blind To Your Light (BBC Live, 1970) 05:31 14. Miserable Man (BBC Live, 1970) 08:18 ..::OBSADA::.. Carol Grimes - vocals, percussion Phil Miller - guitar Steve Miller - piano, vocals Roy Babbington - bass, string bass Pip Pyle - drums with: Lol Coxhill - soprano & tenor saxophones (1-8,10) Roderick Skeaping - violin (2) Richard Sinclair - bass (11) https://www.youtube.com/watch?v=y9jW0QHnJh0 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-30 17:27:06
Rozmiar: 184.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Wydany pod koniec 1970 roku wspaniały, progresywny i bez wątpienia pionierski album z wyraziście jazzowymi elementami - nagrany przez późniejszych muzyków Gong, Caravan, Nucleus i Soft Machine. Ten trwający 79 minut CD zawiera kapitalne, rozbudowane i pozbawione muzycznej waty kompozycje, gęste brzmienie, a przede wszystkim fantastyczny, emocjonalny (i na szczęście pozbawiony popularnej wówczas chrypki...), kobiecy wokal Carol Grimes - jednej z najlepszych, ówczesnych wokalistek rockowych! To, jak dobry jest ten album słychać dosłownie od pierwszych 10-20 sekund! UWAGA! Od dawna niedostępna, wcześniejsza wersja CD sygnowana była nazwą Delivery, ale oryginalny winyl (wiernie zreprodukowany w tym booklecie) podpisany był jako Carol Grimes And Delivery. Dodatkowo dołączono 6 nagrań, w tym B-stronę rzadkiego singla z 1970 oraz krótki występ dla radia BBC. Świetny dźwięk! JL Fools Meeting - and what a meeting it is !!! This album features an eclectic blend of Blues and Jazz with a very progressive approach. Starring an impressive cast of (future) Canterbury luminaries ; Phil Miller (Guitars), his brother Steve on Piano, Pip Pyle (Drums) Roy Babbington (Bass Guitar) - one cannot help but to expect something special. Add to this the sweet, sweet voice of one Carol Grimes (and boy, does she sing her heart out). Her vocal styling is full of tremolo, something akin to Grace Slick or Signe Anderson from the early Jefferson Airplane, and also special guest Lol Coxhill (Saxophones), whose contribution to the songs is priceless. Phil M's trademark style of Guitaring can be witnessed here, as he holds many solo spots, and is the main composer. Steve M's jazzy Piano playing has a unique air to it - at times his Piano doesn't have sustain, so his notes are short and sharp, making for a more interesting sound. The rhythm section is quite excellent - Babbington is already playing with amazing skill and dexterity, those that are familiar with the Karl Jenkins led Soft Machine should agree that he is quite a Bassist. Pyle's Drumming is very busy, and he shows often that he can play outside the confines of regular 4/4 beats. Coxhill is up there with the likes of Elton Dean and Gary Windo, with his lungs full of fury, blowing up a whirlwind of seldom heard sounds with his affected Sax. Of the 8 tracks on the LP (Tapestry re-issue, couldn't afford an original - been searching since around 1990) there is rarely a dull moment, each song is constructed in such a way that changes tempos regularly and never stays too long in one place. The music is not particularly indicative of 'Canterbury', the more Bluesy moments are when Grimes is singing, the instrumental parts suddenly take off in another direction, be it Jazz, Avant-Garde or Rock. I suppose if Steve utilised some fuzzy organs and e-piano it could be a genuine Canterbury sounding article. Best songs are possibly 'Miserable Man' (8.28), 'Home Made Ruin' (3.23), 'The Wrong Time' (7.50), and 'Fighting It Out' (5.48), but the album as a whole is an enlightening experience. Tom Ozric As was often the case for progressive albums released on the cusp of 1970, Delivery's one and only LP Fool's Meeting sounds torn between prog innovations and the blues and psychedelic obsession of the late 1960's. In the case of this Canterbury Scene proto-supergroup (most of the members would go on to great success with the likes of Caravan, Gong and Soft Machine, among others) it's the fetishized American blues rock that keeps them grounded in the past. Although they do it well, it ultimately holds Fool's Meeting from being as distinguished and memorable as some of the records these musicians would work in later incarnations of their careers. When it comes to this late Sixties' British response to longstanding American blues tradition, I'm most inclined to point the finger at the first two records from Led Zeppelin's career; there was no doubting where most of Zeppelin's influence was coming from, but they added a new kick that made it interesting. Delivery does much the same on Fool's Meeting, with the notable exception that while Led Zeppelin amped up blues with the fuzz of hard rock and proto-metal, Delivery has imbued the style with the nuance and interplay of jazz music. It's an incredibly promising combination, and when Delivery successfully manage to pair the two, the result is significant. "Miserable Man" in particular is a fantastic example wherein Delivery nail the atmosphere of both styles. Disappointingly, as the album progresses, the jazz aspect becomes less prominent, leaving the dated blues rock to preside, complete with predictable 12 Bar songwriting patterns. Delivery's jazz rock still finds its way through the cracks in the form of the occasional saxophone solo (as is the case in "Fighting it Out", but the excellent promise of Delivery's style doesn't feel realized here. Very fortunately for after-the-fact listeners however, the scaled fusion of jazz with psych and rhythmic rock would found the basis of the Canterbury Scene. While the musicianship on the album is appropriately strong, the most memorable element of Delivery's music is undoubtedly the smoky voice of Carol Grimes. Although she's the only member that wouldn't have a lasting impact on the Canterbury Scene past Delivery, her vocals are excellent, wrapped up in a confident vibrato and charismatic presence that might warrant comparison to Robert Plant's bluesy howling on the early Zeppelin albums. More common comparisons to Jefferson Airplane's Grace Slick are not beyond reason, but Carol Grimes takes a fiercer approach to her vocals. She would go on to play with a host of blues and jazz acts as the years went on, and while her post-Delivery albums might be worth checking out for her voice alone, it's something of a disappointment that we didn't get to hear her voice in any more progressive rock. With a voice like hers, I'm surprised she didn't become more of a legend. There's a gaggle of female vocalists in the 'occult retro rock' scene today that are trying to sound exactly like her, most probably without ever knowing it. Of course, none have ever truly succeeded. To my chagrin, the Canterbury Scene has generally alluded my progressive rock listening experience. For what it's worth, Fool's Meeting is more than enough to pique my interest in the style, with the full knowledge that the album has only scratched the surface. Carol Grimes and Delivery have earned their respective spots as quiet legends in the British rock pantheon. Especially if you're a fan of Caravan, Gong, Hatfield and the North, National Health, Soft Machine or any of the other bands these guys would play future roles in, Delivery should stand as an excellent history lesson. Conor Fynes ..::TRACK-LIST::.. 1. Blind To Your Light 05:06 2. Miserable Man 08:28 3. Home Made Ruin 03:23 4. Is It Really The Same 05:45 5. We Were Satisfied 04:03 6. The Wrong Time 07:51 7. Fighting It Out 05:49 8. Fools Meeting 05:26 Bonus Tracks: 9. Harry Lucky (Single A-side, August 1970) 03:42 10. Home Made Ruin (Alternate Take) 02:57 11. One For You (Recorded by Delivery in 1971) 07:40 12. Is It Really The Same (BBC Live, 1970) 05:20 13. Blind To Your Light (BBC Live, 1970) 05:31 14. Miserable Man (BBC Live, 1970) 08:18 ..::OBSADA::.. Carol Grimes - vocals, percussion Phil Miller - guitar Steve Miller - piano, vocals Roy Babbington - bass, string bass Pip Pyle - drums with: Lol Coxhill - soprano & tenor saxophones (1-8,10) Roderick Skeaping - violin (2) Richard Sinclair - bass (11) https://www.youtube.com/watch?v=y9jW0QHnJh0 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-30 17:21:36
Rozmiar: 547.59 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Drugi solowy album lidera Leprous jest być może najbardziej majestatyczną rzeczą, jaką kiedykolwiek nagrał. Czy ambicje norweskiego piosenkarza idą w parze z dobrym songwritingiem? Jeszcze w okolicach premiery „Pitfalls” macierzystego zespołu Einara Solberga sam zainteresowany opowiadał – nie bez racji – że nie do końca czuje się częścią współczesnej sceny progresywnej, która zjada swój ogon. Na przestrzeni tych paru lat muzyk chyba zrewidował swój pogląd nie tylko nieco bardziej technicznymi materiałami Leprous, ale przede wszystkim tym, co słyszymy na „Vox Occulta”. O ile debiut artysty, „16”, biegł w kierunku alternatywnego art rocka, o tyle tegoroczne dzieło wokalisty jest zdecydowanie bardziej bombastyczne, pompatyczne i… progresywne. – Chcę być tą kinematograficzną postacią w progu. Na nowej płycie totalnie do tego dążyłem – podkreśla twórca w zapowiedzi prasowej. Zawartość krążka dowodzi, że nikogo nie oszukuje. „Vox Occulta” ocieka majestatem. Gdy Hans Zimmer przejdzie na emeryturę, Einar Solberg będzie jego godnym następcą. Progresywny rock w wydaniu Norwega na tym materiale nie jest oszczędny, tylko epicki do granic. Wszelkie symfoniczne smaczki, kontrasty na bazie cicho-hymnicznie i przede wszystkim jego operowe zawodzenia wyzierają tu z każdego kąta. Nie każdy doceni taki natłok wszystkiego, lecz trzeba przyznać, że artysta przemawia prosto z serca. To nie kreacja, tylko emocjonalny wyrzut ubrany w elementy graniczące z przesadą, bo przecież każdy z nas bywa – że posłużę się tytułem piosenki z jego debiutu – „Over the Top”. Orkiestra Norweskiego Radia odpowiadająca za symfoniczne aranżacje i instrumentarium idealnie zgrywa się z głosowymi popisami Solberga. Posłuchajcie tylko tych rozedgranych smyków i niemal djentowego riffu w „Liberatio”. Zwróćcie uwagę na kolosa „Grex”, w którym znalazło się miejsce i na staroszkolnego progrocka, i na wątki niemal musicalowe. Einar ma łeb na karku. To czuć od razu. „Vox Occulta” to kawał muzyki. Na jej tle „16” jawi się jako sympatyczna muzyka o krótkim terminie przydatności do spożycia. Jej następczyni albo was w sobie rozkocha, albo przesyci, ale na pewno prędko o niej nie zapomnicie. Sprawdźcie to! Łukasz Brzozowski The idea of going solo is a little counterintuitive in a genre like prog where bands dominate the scene. Figures like Devin Townsend and Steven Wilson have dabbled both in group and solo projects but have been such bold personalities as to dominate their band projects regardless. Leprous frontman Einar Solberg rather unfairly faced criticism that his main band had become little more than a solo project with recent releases—an accusation that was largely refuted by Solberg’s solo debut 16 in 2023. The multifaceted outing spanned a wide range of genres and experiments as Solberg began to feel out his solo sound, and probably the most significant throughline was the widespread use of symphonic backing. If orchestra was the blood of 16, it’s the beating heart of Vox Occulta, Solberg’s solo sophomore. Many artists attempt orchestral projects but so often the orchestra is relegated to mere accompaniment. For Solberg, however, the Norwegian Radio Orchestra are perhaps the most vital players, and the rock instruments are subsumed into the orchestral forest rather than standing in their own clearing. Chris Baum (Bent Knee) towers a little higher on lead violin duties; meanwhile, guitar duties are shared between Pierre Danel (Novelists), Ben Levin (ex-Bent Knee), and John Browne (Monuments). The team is rounded out by Jed Lingat on bass, and Keli Guðjónsson (Agent Fresco) dominating drums. This core group never overwhelms in the mix, clearly audible but wending their way under the orchestra with knotty riffs, like root systems under a canopy of strings and woodwinds. Solberg utilises the whole of his expansive vocal range on Vox Occulta, spanning beseeching falsetto, half-whispers, and even significant use of his latterly absent harsh vocals. Indeed, this is the most we’ve heard of Solberg’s growls since The Congregation, culminating in the full-throated mid-section on “Vita Fragilis” and the cathartic resolution on “Grex”. Meanwhile, the more melodic and restrained “Serenitas”, built around a gently rising scale motif, sees Solberg push his falsetto to its limit at the climactic release, and features a gorgeously bluesy guitar solo. The loping strings and thunderous brass of the title track prove a positively Zimmerian opening to a more Broadway style track; one imagines Solberg crouched like Batman only to stand up and start projecting with broad hand gestures as skronky djent plumbs beneath galloping strings. In its more metal moments, Adam Noble’s mix never loses sight of the orchestral elements, blending lead guitars deftly into harmonies with the strings (“Grex”), and allowing Danel and Lingat’s riffs to thrum along in the place where the bassoons and tubas usually lay, without any of these textures ever becoming lost. With co-production from Solberg and David Castillo, the trio use negative space sublimely, allowing for all sorts of embellishments to layer into the whole such as a sudden xylophone remark leading into the heavier section of “Vita Fragilis” or the syncopated backing vocal accents on “Liberatio”. Vox Occulta’s lustre is to die for and allows its ensemble to shine across the record. Countless breathtaking moments cluster Vox Occulta: the cascading string arpeggios that animate “Liberatio” falling in Poissonian rainform while an off-kilter “Mirage”-esque riff beneath, the nasty clean bass groove lumbering up and down in the background of “Medulla”, the Holstian jubilance of the orchestra post vituperative climax of “Vita Fragilis”, the incredible vocal control and deft restraint Solberg demonstrates on closer “Anima Lucis”… From minor textural highlights to Solberg’s consistently and unsurprisingly brilliant vocal work, we could be here for the rest of the review discussing Vox Occulta’s myriad apogees, but instead we need to talk about “Grex”, a career highlight for Solberg. Opening with a mournful violin solo, the track progresses through a number of identities: a lead guitar/string duet, a Guthrie Govan-esque guitar solo, and a quiet operatic requiem. But it’s the off-kilter guitar motif reminiscent of “The Sky is Red” which grabs attention at the halfway point, a seeming non-sequitur that foreshadows the track’s apocalyptic climax to come. When the song eventually explodes, it’s into a nasty groove as Solberg alternately implores and screams ‘a silence far too loud, I march into the crowd’—the singer self-atomising into the fray with bittersweet acceptance as tenebrous strings overlay a rhythm section that threatens to collapse under the weight of its own seismicity. Any critiques to be levelled at Vox Occulta are largely structural. At the macro level, the album’s pacing is a little off, front-loading the record with the more dynamic cuts and cluttering the second half with all the tracks that demand listener patience. A little rearrangement would have left Vox Occulta more balanced and with the softer—and arguably weaker—tracks (“Serenitas”, “Anima Lucis”) better contrasted. At the micro level, it’s down to some traditional Solbergisms (those good ol’ backing whoas and ohs) and Solberg’s love of abrupt endings—many-a-track on 16 just stopped, and the trend continues on Vox Occulta. Unfortunately, these abrupt cut-offs only feel impactful in moderation, and many times, particularly on closer “Anima Lucis”, tracks feel a touch incomplete for the suddenness of their conclusion. These are minor issues, none really detracting from the ambition and spectacle of Vox Occulta, but nevertheless signalling some missed potential. A solo release is rarely ever completely solo, but it’s testament to Einar Solberg’s talent and taste that he assembled such a team to bring to life this opus. Holistic in vision, flawlessly produced, and emotionally bracing, Solberg has delivered a truly ambitious work of theatrical, orchestral metal that can stand toe-to-toe with the genre’s titans. Dani Copelli ..::TRACK-LIST::.. 1. Stella Mortua (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 05:26 2. Medulla 05:31 3. Vox (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 07:58 4. Liberatio 04:40 5. Serenitas 06:45 6. Vita Fragilis (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 05:27 7. Grex 11:48 8. Anima Lucis (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 07:05 ..::OBSADA::.. Einar Solberg - vocals, keys, piano Jed Lingat - bass Keli Guðjónsson - drums Pierre Danel - guitar Ben Levin - guitar John Browne - guitar Chris Baum - violin The Norwegian Radio Orchestra https://www.youtube.com/watch?v=qwWiHEFN0gA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-29 16:13:26
Rozmiar: 126.06 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Drugi solowy album lidera Leprous jest być może najbardziej majestatyczną rzeczą, jaką kiedykolwiek nagrał. Czy ambicje norweskiego piosenkarza idą w parze z dobrym songwritingiem? Jeszcze w okolicach premiery „Pitfalls” macierzystego zespołu Einara Solberga sam zainteresowany opowiadał – nie bez racji – że nie do końca czuje się częścią współczesnej sceny progresywnej, która zjada swój ogon. Na przestrzeni tych paru lat muzyk chyba zrewidował swój pogląd nie tylko nieco bardziej technicznymi materiałami Leprous, ale przede wszystkim tym, co słyszymy na „Vox Occulta”. O ile debiut artysty, „16”, biegł w kierunku alternatywnego art rocka, o tyle tegoroczne dzieło wokalisty jest zdecydowanie bardziej bombastyczne, pompatyczne i… progresywne. – Chcę być tą kinematograficzną postacią w progu. Na nowej płycie totalnie do tego dążyłem – podkreśla twórca w zapowiedzi prasowej. Zawartość krążka dowodzi, że nikogo nie oszukuje. „Vox Occulta” ocieka majestatem. Gdy Hans Zimmer przejdzie na emeryturę, Einar Solberg będzie jego godnym następcą. Progresywny rock w wydaniu Norwega na tym materiale nie jest oszczędny, tylko epicki do granic. Wszelkie symfoniczne smaczki, kontrasty na bazie cicho-hymnicznie i przede wszystkim jego operowe zawodzenia wyzierają tu z każdego kąta. Nie każdy doceni taki natłok wszystkiego, lecz trzeba przyznać, że artysta przemawia prosto z serca. To nie kreacja, tylko emocjonalny wyrzut ubrany w elementy graniczące z przesadą, bo przecież każdy z nas bywa – że posłużę się tytułem piosenki z jego debiutu – „Over the Top”. Orkiestra Norweskiego Radia odpowiadająca za symfoniczne aranżacje i instrumentarium idealnie zgrywa się z głosowymi popisami Solberga. Posłuchajcie tylko tych rozedgranych smyków i niemal djentowego riffu w „Liberatio”. Zwróćcie uwagę na kolosa „Grex”, w którym znalazło się miejsce i na staroszkolnego progrocka, i na wątki niemal musicalowe. Einar ma łeb na karku. To czuć od razu. „Vox Occulta” to kawał muzyki. Na jej tle „16” jawi się jako sympatyczna muzyka o krótkim terminie przydatności do spożycia. Jej następczyni albo was w sobie rozkocha, albo przesyci, ale na pewno prędko o niej nie zapomnicie. Sprawdźcie to! Łukasz Brzozowski The idea of going solo is a little counterintuitive in a genre like prog where bands dominate the scene. Figures like Devin Townsend and Steven Wilson have dabbled both in group and solo projects but have been such bold personalities as to dominate their band projects regardless. Leprous frontman Einar Solberg rather unfairly faced criticism that his main band had become little more than a solo project with recent releases—an accusation that was largely refuted by Solberg’s solo debut 16 in 2023. The multifaceted outing spanned a wide range of genres and experiments as Solberg began to feel out his solo sound, and probably the most significant throughline was the widespread use of symphonic backing. If orchestra was the blood of 16, it’s the beating heart of Vox Occulta, Solberg’s solo sophomore. Many artists attempt orchestral projects but so often the orchestra is relegated to mere accompaniment. For Solberg, however, the Norwegian Radio Orchestra are perhaps the most vital players, and the rock instruments are subsumed into the orchestral forest rather than standing in their own clearing. Chris Baum (Bent Knee) towers a little higher on lead violin duties; meanwhile, guitar duties are shared between Pierre Danel (Novelists), Ben Levin (ex-Bent Knee), and John Browne (Monuments). The team is rounded out by Jed Lingat on bass, and Keli Guðjónsson (Agent Fresco) dominating drums. This core group never overwhelms in the mix, clearly audible but wending their way under the orchestra with knotty riffs, like root systems under a canopy of strings and woodwinds. Solberg utilises the whole of his expansive vocal range on Vox Occulta, spanning beseeching falsetto, half-whispers, and even significant use of his latterly absent harsh vocals. Indeed, this is the most we’ve heard of Solberg’s growls since The Congregation, culminating in the full-throated mid-section on “Vita Fragilis” and the cathartic resolution on “Grex”. Meanwhile, the more melodic and restrained “Serenitas”, built around a gently rising scale motif, sees Solberg push his falsetto to its limit at the climactic release, and features a gorgeously bluesy guitar solo. The loping strings and thunderous brass of the title track prove a positively Zimmerian opening to a more Broadway style track; one imagines Solberg crouched like Batman only to stand up and start projecting with broad hand gestures as skronky djent plumbs beneath galloping strings. In its more metal moments, Adam Noble’s mix never loses sight of the orchestral elements, blending lead guitars deftly into harmonies with the strings (“Grex”), and allowing Danel and Lingat’s riffs to thrum along in the place where the bassoons and tubas usually lay, without any of these textures ever becoming lost. With co-production from Solberg and David Castillo, the trio use negative space sublimely, allowing for all sorts of embellishments to layer into the whole such as a sudden xylophone remark leading into the heavier section of “Vita Fragilis” or the syncopated backing vocal accents on “Liberatio”. Vox Occulta’s lustre is to die for and allows its ensemble to shine across the record. Countless breathtaking moments cluster Vox Occulta: the cascading string arpeggios that animate “Liberatio” falling in Poissonian rainform while an off-kilter “Mirage”-esque riff beneath, the nasty clean bass groove lumbering up and down in the background of “Medulla”, the Holstian jubilance of the orchestra post vituperative climax of “Vita Fragilis”, the incredible vocal control and deft restraint Solberg demonstrates on closer “Anima Lucis”… From minor textural highlights to Solberg’s consistently and unsurprisingly brilliant vocal work, we could be here for the rest of the review discussing Vox Occulta’s myriad apogees, but instead we need to talk about “Grex”, a career highlight for Solberg. Opening with a mournful violin solo, the track progresses through a number of identities: a lead guitar/string duet, a Guthrie Govan-esque guitar solo, and a quiet operatic requiem. But it’s the off-kilter guitar motif reminiscent of “The Sky is Red” which grabs attention at the halfway point, a seeming non-sequitur that foreshadows the track’s apocalyptic climax to come. When the song eventually explodes, it’s into a nasty groove as Solberg alternately implores and screams ‘a silence far too loud, I march into the crowd’—the singer self-atomising into the fray with bittersweet acceptance as tenebrous strings overlay a rhythm section that threatens to collapse under the weight of its own seismicity. Any critiques to be levelled at Vox Occulta are largely structural. At the macro level, the album’s pacing is a little off, front-loading the record with the more dynamic cuts and cluttering the second half with all the tracks that demand listener patience. A little rearrangement would have left Vox Occulta more balanced and with the softer—and arguably weaker—tracks (“Serenitas”, “Anima Lucis”) better contrasted. At the micro level, it’s down to some traditional Solbergisms (those good ol’ backing whoas and ohs) and Solberg’s love of abrupt endings—many-a-track on 16 just stopped, and the trend continues on Vox Occulta. Unfortunately, these abrupt cut-offs only feel impactful in moderation, and many times, particularly on closer “Anima Lucis”, tracks feel a touch incomplete for the suddenness of their conclusion. These are minor issues, none really detracting from the ambition and spectacle of Vox Occulta, but nevertheless signalling some missed potential. A solo release is rarely ever completely solo, but it’s testament to Einar Solberg’s talent and taste that he assembled such a team to bring to life this opus. Holistic in vision, flawlessly produced, and emotionally bracing, Solberg has delivered a truly ambitious work of theatrical, orchestral metal that can stand toe-to-toe with the genre’s titans. Dani Copelli ..::TRACK-LIST::.. 1. Stella Mortua (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 05:26 2. Medulla 05:31 3. Vox (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 07:58 4. Liberatio 04:40 5. Serenitas 06:45 6. Vita Fragilis (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 05:27 7. Grex 11:48 8. Anima Lucis (feat. The Norwegian Radio Orchestra) 07:05 ..::OBSADA::.. Einar Solberg - vocals, keys, piano Jed Lingat - bass Keli Guðjónsson - drums Pierre Danel - guitar Ben Levin - guitar John Browne - guitar Chris Baum - violin The Norwegian Radio Orchestra https://www.youtube.com/watch?v=qwWiHEFN0gA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-29 16:08:40
Rozmiar: 351.65 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Dwupłytowy album zawierający nagrania z koncertu „Supershow” (1969), występu w Questors Theatre (1970) oraz studyjne nagrania i dema z 1971 roku. Materiał pokazuje zespół w okresie przejściowym między blues-rockiem a bardziej rozbudowanym rockiem progresywnym z elementami jazzu. Dominują improwizacje, rozbudowane kompozycje i charakterystyczna gra sekcji rytmicznej Jona Hisemana. ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Those Who Are About To Die Salute You (Supershow, 26 March 1969) 5:11 2. Debut (Supershow, 26 March 1969) 4:41 3. Downhill And Shadows (Questors Theatre, 14 May 1970) 12:16 4. The Valentyne Suite (Questors Theatre, 14 May 1970) 9:02 CD 2: Upon Tomorrow (Tracks 1-4) 1. Upon Tomorrow 7:49 2. Jumping Off The Sun 5:32 3. Sleepwalker 7:01 4. The Pirate’s Dream 12:51 5. Thank God For Things That Grow (Advision Studios, 13 August 1971) 7:18 6. The Pirate’s Dream (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 11:59 7. Upon Tomorrow (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 6:37 8. Thank God For Things That Grow (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 5:42 ..::OBSADA::.. Saxophone - Dick Heckstall-Smith Vocals - Chris Farlowe Guitar - James Litherland (tracks: 1-1 and 1-2) Drums - Jon Hiseman Electric Organ [Hammond Organ], Keyboards, Mellotron - Dave Greenslade Bass - Mark Clarke, Tony Reeves (tracks: 1-1 and 1-2) https://www.youtube.com/watch?v=quC5BLwRTsQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 8
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-26 21:15:42
Rozmiar: 223.99 MB
Peerów: 2
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Dwupłytowy album zawierający nagrania z koncertu „Supershow” (1969), występu w Questors Theatre (1970) oraz studyjne nagrania i dema z 1971 roku. Materiał pokazuje zespół w okresie przejściowym między blues-rockiem a bardziej rozbudowanym rockiem progresywnym z elementami jazzu. Dominują improwizacje, rozbudowane kompozycje i charakterystyczna gra sekcji rytmicznej Jona Hisemana. ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Those Who Are About To Die Salute You (Supershow, 26 March 1969) 5:11 2. Debut (Supershow, 26 March 1969) 4:41 3. Downhill And Shadows (Questors Theatre, 14 May 1970) 12:16 4. The Valentyne Suite (Questors Theatre, 14 May 1970) 9:02 CD 2: Upon Tomorrow (Tracks 1-4) 1. Upon Tomorrow 7:49 2. Jumping Off The Sun 5:32 3. Sleepwalker 7:01 4. The Pirate’s Dream 12:51 5. Thank God For Things That Grow (Advision Studios, 13 August 1971) 7:18 6. The Pirate’s Dream (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 11:59 7. Upon Tomorrow (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 6:37 8. Thank God For Things That Grow (Demo, Lansdowne Studios, 1 August 1971) 5:42 ..::OBSADA::.. Saxophone - Dick Heckstall-Smith Vocals - Chris Farlowe Guitar - James Litherland (tracks: 1-1 and 1-2) Drums - Jon Hiseman Electric Organ [Hammond Organ], Keyboards, Mellotron - Dave Greenslade Bass - Mark Clarke, Tony Reeves (tracks: 1-1 and 1-2) https://www.youtube.com/watch?v=quC5BLwRTsQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-26 21:11:59
Rozmiar: 687.95 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD! Wydany w 1975 roku przez amerykański United Artists, trzeci album w karierze tego utalentowanego klawiszowca dla wielu słuchaczy może być ogromną niespodzianką! Jak to możliwe, że ten doskonały, progresywny album ze Stanów utrzymany na poziomie najlepszych dokonań połowy lat 70-tych został tak całkowicie pominięty/zapomniany przez fanów rocka progresywnego oraz wydawców płyt kompaktowych! W każdym razie, najlepszą w dyskografii MQ płytę zdominowało mocno klasycyzujące granie spod znaku Trace, Refugee, Focus, Ricka Wakemana i wczesnych Queen. I jakkolwiek te porównania nie zabrzmią (dla niektórych pewnie odpychająco), to płytę wypełnia soczyste, rasowe, niemal w całości instrumentalne, progresywne granie oparte na brzmieniu organów, melotronu i fortepianu oraz całkiem ostrej gitary i solidnej sekcji rytmicznej. Wystarczy posłuchać pierwszych dwóch, trzech minut 20-minutowej, tytułowej suity żeby się upewnić, że mamy do czynienia z płytą może nie do końca oryginalną, ale na swój sposób naprawdę wyjątkową! Aha, Michael Quatro to rodzony brat bardzo niegdyś popularnej Suzi... In 1975 the great innovators and leaders in the world of progressive rock were starting to drift towards other things and the genre was headed for a downturn in general. Still, stubborn fans of the genre refused to give up and began looking for some new faces to keep their interest alive. This was also compounded in the states by the fact that yank bands were finally getting a handle on this particularly British brand of creative rock music and stateside progressive rock fans were finally becoming receptive to the idea of supporting some local talent. This was the setting that Detroit bred keyboardist Michael Quatro stepped into with his uniquely American brand of quasi-classical influenced prog-rock music mixed with Detroit glitter rock presentation. This album, In Collaboration with the Gods, marked a peak in Quatro's very short lived reign as a possible leader in American progressive rock. There are a lot of obvious comparisons here because, despite his obvious talents, Michael is not a particularly original artist. Most of this album consists of multi-keyboard oriented instrumentals whose leanings towards somewhat cheezey pseudo-classical affectations recall some of the more lightweight mid-70s output of Rick Wakeman, Camel and Focus. Meanwhile, Michael's occasional vocals on the 'rockin' numbers recall the sound of American blue collar semi-prog rockers like Journey and Styxx, and his mix of glitter and pseudo classical tendencies can sound like early Queen at times as well. It was fun hearing this album again, but I think its major importance is mostly musicological in terms of the development of progressive rock in the US. Still, I think fans of mid to late 70s Rick Wakeman and Camel might find some things to like here, Quatro has a Mellotron and he knows how to use it. Its also fun to hear 70s American guitar ace Rick Derringer playing prog- rock as a guest on a couple of numbers. By the way, to those who are curious, Michael is the brother of proto-punk and Happy Days star Suzi Quatro. Easy Money ..::TRACK-LIST::.. 1. In Collaboration With The Gods (19:22) a) Theme b) Loki's Gloria c) Amusement Of Bacchus d) A Letter To Venus (Theme) e) Neptune's Nicromea/ Deity's Ditty f) Waltz Of The Gods/ Orgy Of The Gods 2. Get Away 4:02 3. Rockmanninoff's Prelude In C Blunt Funk 4:47 4. Ave Rock Maria 4:08 5. Prelude In Ab Crazy II (Guitar-Rick Derringer) 3:58 6. Sweet Lovin' 3:00 ..::OBSADA::.. Organ [Hammond], Mellotron, Grand Piano, Synthesizer [Minimoog], Keyboards, Arranged By, Written-By - Michael Quatro Drums - Kirk Trachsel Bass, Vocals - Dave Kiswiney Guitar - Teddy Hale Guest: Voice [Special voices] - Flo & Eddie https://www.youtube.com/watch?v=sTCUp0jTtos SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-23 16:48:52
Rozmiar: 91.76 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD! Wydany w 1975 roku przez amerykański United Artists, trzeci album w karierze tego utalentowanego klawiszowca dla wielu słuchaczy może być ogromną niespodzianką! Jak to możliwe, że ten doskonały, progresywny album ze Stanów utrzymany na poziomie najlepszych dokonań połowy lat 70-tych został tak całkowicie pominięty/zapomniany przez fanów rocka progresywnego oraz wydawców płyt kompaktowych! W każdym razie, najlepszą w dyskografii MQ płytę zdominowało mocno klasycyzujące granie spod znaku Trace, Refugee, Focus, Ricka Wakemana i wczesnych Queen. I jakkolwiek te porównania nie zabrzmią (dla niektórych pewnie odpychająco), to płytę wypełnia soczyste, rasowe, niemal w całości instrumentalne, progresywne granie oparte na brzmieniu organów, melotronu i fortepianu oraz całkiem ostrej gitary i solidnej sekcji rytmicznej. Wystarczy posłuchać pierwszych dwóch, trzech minut 20-minutowej, tytułowej suity żeby się upewnić, że mamy do czynienia z płytą może nie do końca oryginalną, ale na swój sposób naprawdę wyjątkową! Aha, Michael Quatro to rodzony brat bardzo niegdyś popularnej Suzi... In 1975 the great innovators and leaders in the world of progressive rock were starting to drift towards other things and the genre was headed for a downturn in general. Still, stubborn fans of the genre refused to give up and began looking for some new faces to keep their interest alive. This was also compounded in the states by the fact that yank bands were finally getting a handle on this particularly British brand of creative rock music and stateside progressive rock fans were finally becoming receptive to the idea of supporting some local talent. This was the setting that Detroit bred keyboardist Michael Quatro stepped into with his uniquely American brand of quasi-classical influenced prog-rock music mixed with Detroit glitter rock presentation. This album, In Collaboration with the Gods, marked a peak in Quatro's very short lived reign as a possible leader in American progressive rock. There are a lot of obvious comparisons here because, despite his obvious talents, Michael is not a particularly original artist. Most of this album consists of multi-keyboard oriented instrumentals whose leanings towards somewhat cheezey pseudo-classical affectations recall some of the more lightweight mid-70s output of Rick Wakeman, Camel and Focus. Meanwhile, Michael's occasional vocals on the 'rockin' numbers recall the sound of American blue collar semi-prog rockers like Journey and Styxx, and his mix of glitter and pseudo classical tendencies can sound like early Queen at times as well. It was fun hearing this album again, but I think its major importance is mostly musicological in terms of the development of progressive rock in the US. Still, I think fans of mid to late 70s Rick Wakeman and Camel might find some things to like here, Quatro has a Mellotron and he knows how to use it. Its also fun to hear 70s American guitar ace Rick Derringer playing prog- rock as a guest on a couple of numbers. By the way, to those who are curious, Michael is the brother of proto-punk and Happy Days star Suzi Quatro. Easy Money ..::TRACK-LIST::.. 1. In Collaboration With The Gods (19:22) a) Theme b) Loki's Gloria c) Amusement Of Bacchus d) A Letter To Venus (Theme) e) Neptune's Nicromea/ Deity's Ditty f) Waltz Of The Gods/ Orgy Of The Gods 2. Get Away 4:02 3. Rockmanninoff's Prelude In C Blunt Funk 4:47 4. Ave Rock Maria 4:08 5. Prelude In Ab Crazy II (Guitar-Rick Derringer) 3:58 6. Sweet Lovin' 3:00 ..::OBSADA::.. Organ [Hammond], Mellotron, Grand Piano, Synthesizer [Minimoog], Keyboards, Arranged By, Written-By - Michael Quatro Drums - Kirk Trachsel Bass, Vocals - Dave Kiswiney Guitar - Teddy Hale Guest: Voice [Special voices] - Flo & Eddie https://www.youtube.com/watch?v=sTCUp0jTtos SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-23 16:44:09
Rozmiar: 248.26 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1978 roku wyśmienitego, debiutanckiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton, Bill Bruford), Roxy Music (Eddie Jobson), Zappy (Terry Bozzio) i Tempest (Allan Holdsworth). Brudford i Holdsworth grali tylko na debiutanckim albumie. Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut doskonałego, koncertowego grania w doskonałej jakości, w tym nie wydany na żadnej płycie 'Forever Until Sunday'. Doskonały, czysty, naturalny dźwięk - bijący na głowę wcześniejsze wersje! Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K. Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory. Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta. Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts". Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. In The Dead Of Night 5:40 2. By The Light Of Day 4:34 3. Presto Vivace And Reprise 2:58 4. Thirty Years 8:06 5. Alaska 4:42 6. Time To Kill 4:57 7. Nevermore 8:10 8. Mental Medication 7:22 Recorded and mixed at Trident Studios, Soho, London, December 1977 and January 1978. Bonus Tracks: 9. Alaska (Live) 3:44 10. Time To Kill (Live) 5:00 11. Thirty Years (Live) 10:02 12. Presto Vivace (Live) 1:18 13. In The Dead Of Night (Live) 6:35 14. Forever Until Sunday (Live) 5:42 Tracks 9 to 13 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA on 11th September 1978. Track 14 recorded live at Agora Ballroom, Cleveland, OH on 18th September 1978. ..::OBSADA::.. Voice, Bass - John Wetton Guitar - Allan Holdsworth Drums [Kit Drums], Percussion - Bill Bruford Electric Violin, Keyboards, Electronics - Eddie Jobson https://www.youtube.com/watch?v=czj3_5VI7YE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-12 16:58:13
Rozmiar: 181.12 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1978 roku wyśmienitego, debiutanckiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton, Bill Bruford), Roxy Music (Eddie Jobson), Zappy (Terry Bozzio) i Tempest (Allan Holdsworth). Brudford i Holdsworth grali tylko na debiutanckim albumie. Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut doskonałego, koncertowego grania w doskonałej jakości, w tym nie wydany na żadnej płycie 'Forever Until Sunday'. Doskonały, czysty, naturalny dźwięk - bijący na głowę wcześniejsze wersje! Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K. Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory. Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta. Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts". Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. In The Dead Of Night 5:40 2. By The Light Of Day 4:34 3. Presto Vivace And Reprise 2:58 4. Thirty Years 8:06 5. Alaska 4:42 6. Time To Kill 4:57 7. Nevermore 8:10 8. Mental Medication 7:22 Recorded and mixed at Trident Studios, Soho, London, December 1977 and January 1978. Bonus Tracks: 9. Alaska (Live) 3:44 10. Time To Kill (Live) 5:00 11. Thirty Years (Live) 10:02 12. Presto Vivace (Live) 1:18 13. In The Dead Of Night (Live) 6:35 14. Forever Until Sunday (Live) 5:42 Tracks 9 to 13 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA on 11th September 1978. Track 14 recorded live at Agora Ballroom, Cleveland, OH on 18th September 1978. ..::OBSADA::.. Voice, Bass - John Wetton Guitar - Allan Holdsworth Drums [Kit Drums], Percussion - Bill Bruford Electric Violin, Keyboards, Electronics - Eddie Jobson https://www.youtube.com/watch?v=czj3_5VI7YE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-12 16:54:31
Rozmiar: 540.98 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. This double CD captures the original line-up of Andrew Latimer (guitars, flute, vocals), Peter Bardens (organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals), Doug Ferguson (bass) and Andy Ward (drums & percussion) at The Marquee on October 30th, 1974. They were touring in support of their second album, 'Mirage', and the set was recorded on 16-track by Decca to promote their forthcoming American tour as well as getting more publicity for the album in Europe. Stephen W Tayler has mixed this from the original tapes, and for any fan of the band, this is absolutely essential. The guys are incredibly tight, having been working through the rigour which was the early Seventies rock scene of recording quickly and then spending most of the time on the road, and they had been hard at it since the album release in March 1974. Not only that, but they were already looking forward to their third album, the classic 'Music Inspired by the Snow Goose' and we get some of that material here in its earliest forms. This release contains three songs from the debut album, the whole of 'Mirage', plus two tracks written by Peter Bardens but not recorded by Camel in the studio, including a heavily extended version of "Homage to the God of Light" which appeared on his debut solo album, 'The Answer' and here is nearly 19 minutes long. This is a gem of a release and certainly does not sound as if Tayler was working from tapes which were more than 50 years old. I know this has previously been available as part of the 'The Live Recordings 1974-1977' digital only release, and the 'Air Born' 32-disc set, but don't know if this is a new mix or the same, and given I have neither of those I cannot compare, but what I do know is that this is just mastery from beginning to end. The combination of these four musicians was the true Camel, and everything they touched turned to gold, with a rhythm section who could be dramatic or stable, a keyboard player who sadly has never really received the acclaim he deserved, and a guitarist (and flautist it should not be forgotten) who still sounds like no-one else around. This release is an absolute delight, and if you do not have the digital set nor cannot afford the massive, boxed set then this is simply essential. One of the finest prog bands ever to set foot on the stage, at the height of their powers and imagination. kev rowland ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Introduction 2. Earthrise 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider 4. Six Ate 5. Supertwister 6. Mystic Queen 7. Arubaluba 8. Ligging at Louis’ CD 2: 1. Rhayader Goes to Town 2. Sanctuary 3. The Snow Goose 4. Freefall 5. Lady Fantasy 6. Homage to the God of Light ..::OBSADA::.. Andrew Latimer - guitars, flute, vocals Peter Bardens - organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals Doug Ferguson - bass Andy Ward - drums & percussion SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-11 16:36:09
Rozmiar: 229.17 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. This double CD captures the original line-up of Andrew Latimer (guitars, flute, vocals), Peter Bardens (organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals), Doug Ferguson (bass) and Andy Ward (drums & percussion) at The Marquee on October 30th, 1974. They were touring in support of their second album, 'Mirage', and the set was recorded on 16-track by Decca to promote their forthcoming American tour as well as getting more publicity for the album in Europe. Stephen W Tayler has mixed this from the original tapes, and for any fan of the band, this is absolutely essential. The guys are incredibly tight, having been working through the rigour which was the early Seventies rock scene of recording quickly and then spending most of the time on the road, and they had been hard at it since the album release in March 1974. Not only that, but they were already looking forward to their third album, the classic 'Music Inspired by the Snow Goose' and we get some of that material here in its earliest forms. This release contains three songs from the debut album, the whole of 'Mirage', plus two tracks written by Peter Bardens but not recorded by Camel in the studio, including a heavily extended version of "Homage to the God of Light" which appeared on his debut solo album, 'The Answer' and here is nearly 19 minutes long. This is a gem of a release and certainly does not sound as if Tayler was working from tapes which were more than 50 years old. I know this has previously been available as part of the 'The Live Recordings 1974-1977' digital only release, and the 'Air Born' 32-disc set, but don't know if this is a new mix or the same, and given I have neither of those I cannot compare, but what I do know is that this is just mastery from beginning to end. The combination of these four musicians was the true Camel, and everything they touched turned to gold, with a rhythm section who could be dramatic or stable, a keyboard player who sadly has never really received the acclaim he deserved, and a guitarist (and flautist it should not be forgotten) who still sounds like no-one else around. This release is an absolute delight, and if you do not have the digital set nor cannot afford the massive, boxed set then this is simply essential. One of the finest prog bands ever to set foot on the stage, at the height of their powers and imagination. kev rowland ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Introduction 2. Earthrise 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider 4. Six Ate 5. Supertwister 6. Mystic Queen 7. Arubaluba 8. Ligging at Louis’ CD 2: 1. Rhayader Goes to Town 2. Sanctuary 3. The Snow Goose 4. Freefall 5. Lady Fantasy 6. Homage to the God of Light ..::OBSADA::.. Andrew Latimer - guitars, flute, vocals Peter Bardens - organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals Doug Ferguson - bass Andy Ward - drums & percussion SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-11 16:32:12
Rozmiar: 676.88 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Uwielbiam zamykający krążek, 17-to minutowy DENSE, z ruchomymi sygnaturami metrycznymi i złowieszczym, niskim brzmieniem, które tworzy angażujący finał. FA In 2009, the Triton venue (near Paris, France) was sold out to celebrate the 35th anniversary of Univers Zero, an iconic band of the Rock In Opposition movement. These two exceptional concerts highlighted a radical and unique style of music, at the crossroads of new music and chamber rock, skilfully blending acoustic and electric instruments, as heard on the cult album 'Ceux du Dehors'. Around Daniel Denis (drums, composition), Michel Berckmans (oboe, bassoon), and Andy Kirk (keyboards and guitar), three historical figures of the group, complemented by four other talented musicians, offered an intense multimedia show, intertwining a condensed version of key pieces from the repertoire with more recent compositions. These concerts were part of a key phase in which the band offered one of its most accomplished line-ups, taking the opportunity to establish its sound and image. The line-up had undergone a few changes since its reformation in 2004, with Pierre Chevalier (from the band Présent) and a new bassist joining the ensemble. This highlight has now resulted in the release of a live CD, a precious testimony to the band's artistic resurgence and stage energy. Univers Zero represents one of the longest-living bands in Belgium. It was established in 1974. Drummer Daniel Denis had the brilliant idea to gather together a team of professionals sharing the same taste for music. The band has adopted an instrumental progressive style. Over the last couple of decades, the band has also implemented a series of influences from chamber music - most commonly, chamber music from the 20th century. Even if the line-up changes a lot over the years, the overall sound of UZ remained fairly consistent. ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 11:22 2. Xenantaya 14:26 3. Civic Circus 07:12 4. Toujours Plus à l'Est 07:59 5. Warrior 12:20 6. Dense 17:27 ..::OBSADA::.. Bass - Dimitri Evers Bassoon, Oboe, English Horn, Melodica, Handclaps [Clap Hands] - Michel Berkmans Clarinet, Bass Clarinet, Handclaps [Clap Hands] - Kurt Budé Drums, Percussion - Daniel Denis Electric Guitar, Percussion - Andy Kirk (tracks: 2, 5) Keyboards - Pierre Chevalier Keyboards [2nd Keyboards] - Andy Kirk (tracks: 1, 4, 6) Violin - Martin Lauwers https://www.youtube.com/watch?v=yreHxoMKYmg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-24 17:09:03
Rozmiar: 163.75 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Uwielbiam zamykający krążek, 17-to minutowy DENSE, z ruchomymi sygnaturami metrycznymi i złowieszczym, niskim brzmieniem, które tworzy angażujący finał. FA In 2009, the Triton venue (near Paris, France) was sold out to celebrate the 35th anniversary of Univers Zero, an iconic band of the Rock In Opposition movement. These two exceptional concerts highlighted a radical and unique style of music, at the crossroads of new music and chamber rock, skilfully blending acoustic and electric instruments, as heard on the cult album 'Ceux du Dehors'. Around Daniel Denis (drums, composition), Michel Berckmans (oboe, bassoon), and Andy Kirk (keyboards and guitar), three historical figures of the group, complemented by four other talented musicians, offered an intense multimedia show, intertwining a condensed version of key pieces from the repertoire with more recent compositions. These concerts were part of a key phase in which the band offered one of its most accomplished line-ups, taking the opportunity to establish its sound and image. The line-up had undergone a few changes since its reformation in 2004, with Pierre Chevalier (from the band Présent) and a new bassist joining the ensemble. This highlight has now resulted in the release of a live CD, a precious testimony to the band's artistic resurgence and stage energy. Univers Zero represents one of the longest-living bands in Belgium. It was established in 1974. Drummer Daniel Denis had the brilliant idea to gather together a team of professionals sharing the same taste for music. The band has adopted an instrumental progressive style. Over the last couple of decades, the band has also implemented a series of influences from chamber music - most commonly, chamber music from the 20th century. Even if the line-up changes a lot over the years, the overall sound of UZ remained fairly consistent. ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 11:22 2. Xenantaya 14:26 3. Civic Circus 07:12 4. Toujours Plus à l'Est 07:59 5. Warrior 12:20 6. Dense 17:27 ..::OBSADA::.. Bass - Dimitri Evers Bassoon, Oboe, English Horn, Melodica, Handclaps [Clap Hands] - Michel Berkmans Clarinet, Bass Clarinet, Handclaps [Clap Hands] - Kurt Budé Drums, Percussion - Daniel Denis Electric Guitar, Percussion - Andy Kirk (tracks: 2, 5) Keyboards - Pierre Chevalier Keyboards [2nd Keyboards] - Andy Kirk (tracks: 1, 4, 6) Violin - Martin Lauwers https://www.youtube.com/watch?v=yreHxoMKYmg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-24 17:02:04
Rozmiar: 396.46 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album klasycznej progresywnej formacji, grającej tutaj ciężkiego prog-rocka w stylu wczesnych lat 70-tych. Pierwszą część wypełnia 20-minutowa suita. Moim zdaniem jest to najlepszy album tej grupy! Włoska edycja z 2003 roku. Been away for a bit, but have a backlog of Italian vinyl accumulated in lockdown to get through. First up is Nuova Idea, their debut lp from 1971, In the Beginning. I must admit--acquiring a very hard to find original Ariston 1971 copy unexpectedly was like a bolt of lightning. I'd always heard of the side long song, Come Come Come being something that resonated with the kids and pushed some change in the Italian live scene (most important being them introducing the phenomenon of the side long song), but many reviews pushed the whole lp into the 'post psych-proto prog' bin, and advised going for Clowns for the full effect. I sensed something different in this crackly album, an object that had spent the last 49 years of its life in Italy and suddenly found itself it North America and spun some magic from past eras into an American living room. What has it seen? What parties was it at? Decades of weird hippie vibes are in the well worn grooves here. I digress... (It's odd that the band supposedly didn't even know it was released until they'd seen it in a store (!) Ok, maybe I am turning in to an Italian proto prog guy. Because my thoughts published previously for example on Delirium posit the idea that the original band really got it right-and when drastic changes happened, the spirit of the band somehow dissipated-- however prog the band vectored. Jesahel? Part of Italian culture revolved around this tune for a while in '72 as the 1971 early prog wave (Le Orme-Collage and New Trolls-Concerto Grosso per i New Trolls being the best examples) plowed psych and beat bands into the furrows like last years harvest. The early stuff by these bands got it right, the mission that many of these early Italian bands had been on-to reinvent popular music in a sea change for the pop world was concentrated very intensely in many bands debut work. (for convenience sake, Concerto Grosso and Collage get lumped into 'debut album' group). Many groups grew more complex and intricate as they developed but somehow shed a layer of their specialness as a consequence. This album contains the essential essence of Nuova Idea, and in a way, is perhaps their definitive release. Part of this is due to their guitarist, Marco Zoccheddu. I'd initially discovered this guy in his next project, Osage Tribe, and was seriously impressed with his wild abandon attack on his guitar. Kind of Hendrix (not as overt as the Garybaldi guy), kind of early Clapton, definitely original, Marco created a masterpiece in the Osage album. I suspected that he would be a bit more subdued in his original big label prog band, and it is true, less pure guitar meltdown is on display. But something more interesting is going on here, a full band approach. (note I followed him further into his next band Duello Madre, a jazz rock affair, and they don't create, well...a masterpiece. Highly disappointing denouement for one of my favorite Italian guitarists.) Come, Come, Come is an amazing song. Some friends said 'it has the spirit of Delirium's Jesahel, kind of spontaneous melodies and planned harmonics that create some magic' It is definitely catchy, memorable magic. Several sections cleave and heal rifts in reality/song arrangement to fuse wide ranging Deep Purple circa their best prog 1970-71 arrangements with some Uriah Heep's better moments with an Italian twist. (Some might notice that the drum and vocal improv near the end of the side long song are similar in arrangement to the epic drum solo on the 1976 Yes live album Yesshows during the song Ritual. Likely that Moraz in Switzerland had his finger on the pulse of some obscure Italian rock than his Brit bandmates glomming this, and 'put it in the library' til it was needed). In final retrospect, it is clear this is one of the more important early Italian prog songs-this is somewhat akin to their Space Truckin (even though it predates that opus), in a more commercial clothing. ELP also dips into the mix near the end-remember, this is 1971: ELP had Tarkus out, Crimson had their first two statements, Yes had the Yes Album, Aqualung was just out....Nuova Idea were on top of their international game early. One reason might be their two side projects, Underground Set and Psycheground Group-three albums from 1970 and 1971 that were instrumental albums with no information on members that were released in the UK and most of Europe in the post psych wave. Both lps are extremely rare in original release, and many do not know that both of these bands are Nuova Idea acting under contractual obligation. (many Italian bands would dep into other fake 'created by the label' ghost group bands designed to generate album sales as a different band.) This is a phenomenon not unknown in the UK, but really was pushed to the hilt in Italia. This also probably explains why they were surprised when their album under their own name came out. (an Ariston promo lp with Nuova Idea, i Top Four and Stormy Six was the first release of Come Come Come, so they had some confusing irons in the fire) Side two is a mix of their original singles with one new song, and although a bit poppier, they are infused with the spirit of early Italian prog: like a slug of aqua vitae, will bring you out of cerebral clouds that sometimes...do...not...rock... into a range of bands that can pull your skullcap off and rewire you. To be fair, this album will only rewire you lightly, but it will be important to the next steps. This album is essential to any early RPI collection, especially if one seeks any 1970-1971 early Italian bands that ended up defining a genre. Some Colosseum and Deep Purple pre 1971 are good reference points. four stars for RPI fans, 2.75 for prog fans. zeuhl1 ..::TRACK-LIST::.. 1. Come, Come, Come... (Vieni, Vieni, Vieni...) 20:00 2. Realtà 4:05 3. La Mia Scelta 3:37 4. Non Dire Niente... (Ho Già Capito) 4:20 5. Dolce Amore 3:59 ..::OBSADA::.. Marco Zoccheddu - guitar, vocals Claudio Ghiglino - guitar, vocals Giorgio Usai - keyboards, vocals Enrico Casagni - bass, flute, vocals Paolo Siani - drums, vocals https://www.youtube.com/watch?v=I0362HLoSdw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-16 16:29:11
Rozmiar: 83.71 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album klasycznej progresywnej formacji, grającej tutaj ciężkiego prog-rocka w stylu wczesnych lat 70-tych. Pierwszą część wypełnia 20-minutowa suita. Moim zdaniem jest to najlepszy album tej grupy! Włoska edycja z 2003 roku. Been away for a bit, but have a backlog of Italian vinyl accumulated in lockdown to get through. First up is Nuova Idea, their debut lp from 1971, In the Beginning. I must admit--acquiring a very hard to find original Ariston 1971 copy unexpectedly was like a bolt of lightning. I'd always heard of the side long song, Come Come Come being something that resonated with the kids and pushed some change in the Italian live scene (most important being them introducing the phenomenon of the side long song), but many reviews pushed the whole lp into the 'post psych-proto prog' bin, and advised going for Clowns for the full effect. I sensed something different in this crackly album, an object that had spent the last 49 years of its life in Italy and suddenly found itself it North America and spun some magic from past eras into an American living room. What has it seen? What parties was it at? Decades of weird hippie vibes are in the well worn grooves here. I digress... (It's odd that the band supposedly didn't even know it was released until they'd seen it in a store (!) Ok, maybe I am turning in to an Italian proto prog guy. Because my thoughts published previously for example on Delirium posit the idea that the original band really got it right-and when drastic changes happened, the spirit of the band somehow dissipated-- however prog the band vectored. Jesahel? Part of Italian culture revolved around this tune for a while in '72 as the 1971 early prog wave (Le Orme-Collage and New Trolls-Concerto Grosso per i New Trolls being the best examples) plowed psych and beat bands into the furrows like last years harvest. The early stuff by these bands got it right, the mission that many of these early Italian bands had been on-to reinvent popular music in a sea change for the pop world was concentrated very intensely in many bands debut work. (for convenience sake, Concerto Grosso and Collage get lumped into 'debut album' group). Many groups grew more complex and intricate as they developed but somehow shed a layer of their specialness as a consequence. This album contains the essential essence of Nuova Idea, and in a way, is perhaps their definitive release. Part of this is due to their guitarist, Marco Zoccheddu. I'd initially discovered this guy in his next project, Osage Tribe, and was seriously impressed with his wild abandon attack on his guitar. Kind of Hendrix (not as overt as the Garybaldi guy), kind of early Clapton, definitely original, Marco created a masterpiece in the Osage album. I suspected that he would be a bit more subdued in his original big label prog band, and it is true, less pure guitar meltdown is on display. But something more interesting is going on here, a full band approach. (note I followed him further into his next band Duello Madre, a jazz rock affair, and they don't create, well...a masterpiece. Highly disappointing denouement for one of my favorite Italian guitarists.) Come, Come, Come is an amazing song. Some friends said 'it has the spirit of Delirium's Jesahel, kind of spontaneous melodies and planned harmonics that create some magic' It is definitely catchy, memorable magic. Several sections cleave and heal rifts in reality/song arrangement to fuse wide ranging Deep Purple circa their best prog 1970-71 arrangements with some Uriah Heep's better moments with an Italian twist. (Some might notice that the drum and vocal improv near the end of the side long song are similar in arrangement to the epic drum solo on the 1976 Yes live album Yesshows during the song Ritual. Likely that Moraz in Switzerland had his finger on the pulse of some obscure Italian rock than his Brit bandmates glomming this, and 'put it in the library' til it was needed). In final retrospect, it is clear this is one of the more important early Italian prog songs-this is somewhat akin to their Space Truckin (even though it predates that opus), in a more commercial clothing. ELP also dips into the mix near the end-remember, this is 1971: ELP had Tarkus out, Crimson had their first two statements, Yes had the Yes Album, Aqualung was just out....Nuova Idea were on top of their international game early. One reason might be their two side projects, Underground Set and Psycheground Group-three albums from 1970 and 1971 that were instrumental albums with no information on members that were released in the UK and most of Europe in the post psych wave. Both lps are extremely rare in original release, and many do not know that both of these bands are Nuova Idea acting under contractual obligation. (many Italian bands would dep into other fake 'created by the label' ghost group bands designed to generate album sales as a different band.) This is a phenomenon not unknown in the UK, but really was pushed to the hilt in Italia. This also probably explains why they were surprised when their album under their own name came out. (an Ariston promo lp with Nuova Idea, i Top Four and Stormy Six was the first release of Come Come Come, so they had some confusing irons in the fire) Side two is a mix of their original singles with one new song, and although a bit poppier, they are infused with the spirit of early Italian prog: like a slug of aqua vitae, will bring you out of cerebral clouds that sometimes...do...not...rock... into a range of bands that can pull your skullcap off and rewire you. To be fair, this album will only rewire you lightly, but it will be important to the next steps. This album is essential to any early RPI collection, especially if one seeks any 1970-1971 early Italian bands that ended up defining a genre. Some Colosseum and Deep Purple pre 1971 are good reference points. four stars for RPI fans, 2.75 for prog fans. zeuhl1 ..::TRACK-LIST::.. 1. Come, Come, Come... (Vieni, Vieni, Vieni...) 20:00 2. Realtà 4:05 3. La Mia Scelta 3:37 4. Non Dire Niente... (Ho Già Capito) 4:20 5. Dolce Amore 3:59 ..::OBSADA::.. Marco Zoccheddu - guitar, vocals Claudio Ghiglino - guitar, vocals Giorgio Usai - keyboards, vocals Enrico Casagni - bass, flute, vocals Paolo Siani - drums, vocals https://www.youtube.com/watch?v=I0362HLoSdw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-16 16:25:57
Rozmiar: 230.73 MB
Peerów: 1
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Doskonały, debiutancki album grupy to jedno z najlepszych dokonań włoskiego progresywnego rocka. Klimaty Jethro Tull i starego Genesis - z licznymi, nagłymi zmianami nastrojów, mnogością instrumentalnych partii i czytelnymi aranżacjami. Zremasterowana włoska reedycja z 2024 roku. The first release from QUELLA VECCHIA LOCANDA and in my opinion one of the all time Italian prog greats. This excellent debut album has a strong PFM-like attitude with loads of violin and classical themes. Songs are delicate and exceptionally well performed with warm precision. Imagine great 70's sounding keyboard work layered with flute, violin and great guitar work and you have got QVL. As you listen to this album four toes will be tapping and you hands will be moving as this music captivates your motor reflexes. QVL draw on some pretty heavy classical interludes to build their music on. Along the way we are treated to many thematic mood swings and tempo changes. This album has many standout tracks which combine the classical underground 70's Italian sound with a solid blend of tranquility and beauty. Vocals are very expressive and are full of harmonic textures. loserboy What can I say, this album is beautiful. It's a must have. The melodies are so beautiful, the flute and violin work is exceptional, its full of energy...as a composer myself this is an album I can really appreciate. I think the last piece on here is especially gorgeous. And the whole album feels like such a beautiful story...I'm not the kind of person who can explain music with words too well, since I see music as its own language, its own world, and within that world this album tells quite a tale. But really, just stop reading this review and listen to the album if you haven't already. ..::TRACK-LIST::.. 1. Prologo 2. Un Villaggio, Un'illusione 3. Realtà 4. Immagini Sfocate 5. Il Cieco 6. Dialogo 7. Verso la Locanda 8. Sogno, Risveglio E... ..::OBSADA::.. Violin [Classical], Electric Violin - Donald Lax Lead Vocals, Flute, Piccolo Flute [Ottavino] - Giorgio Giorgi Piano, Organ, Mellotron, Synthesizer [Moog], Cittern [Electronic], Spinet, Vocals - Massimo Roselli Bass, Audio Generator [Generatori Di Frequenza] - Romualdo Coletta Drums, Percussion - Patrick Traina Electric Guitar, Acoustic Guitar, Vocals, 12-String Acoustic Guitar - Raimondo Maria Cocco https://www.youtube.com/watch?v=qEc1KS9LnRA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-26 19:34:46
Rozmiar: 81.22 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Doskonały, debiutancki album grupy to jedno z najlepszych dokonań włoskiego progresywnego rocka. Klimaty Jethro Tull i starego Genesis - z licznymi, nagłymi zmianami nastrojów, mnogością instrumentalnych partii i czytelnymi aranżacjami. Zremasterowana włoska reedycja z 2024 roku. The first release from QUELLA VECCHIA LOCANDA and in my opinion one of the all time Italian prog greats. This excellent debut album has a strong PFM-like attitude with loads of violin and classical themes. Songs are delicate and exceptionally well performed with warm precision. Imagine great 70's sounding keyboard work layered with flute, violin and great guitar work and you have got QVL. As you listen to this album four toes will be tapping and you hands will be moving as this music captivates your motor reflexes. QVL draw on some pretty heavy classical interludes to build their music on. Along the way we are treated to many thematic mood swings and tempo changes. This album has many standout tracks which combine the classical underground 70's Italian sound with a solid blend of tranquility and beauty. Vocals are very expressive and are full of harmonic textures. loserboy What can I say, this album is beautiful. It's a must have. The melodies are so beautiful, the flute and violin work is exceptional, its full of energy...as a composer myself this is an album I can really appreciate. I think the last piece on here is especially gorgeous. And the whole album feels like such a beautiful story...I'm not the kind of person who can explain music with words too well, since I see music as its own language, its own world, and within that world this album tells quite a tale. But really, just stop reading this review and listen to the album if you haven't already. ..::TRACK-LIST::.. 1. Prologo 2. Un Villaggio, Un'illusione 3. Realtà 4. Immagini Sfocate 5. Il Cieco 6. Dialogo 7. Verso la Locanda 8. Sogno, Risveglio E... ..::OBSADA::.. Violin [Classical], Electric Violin - Donald Lax Lead Vocals, Flute, Piccolo Flute [Ottavino] - Giorgio Giorgi Piano, Organ, Mellotron, Synthesizer [Moog], Cittern [Electronic], Spinet, Vocals - Massimo Roselli Bass, Audio Generator [Generatori Di Frequenza] - Romualdo Coletta Drums, Percussion - Patrick Traina Electric Guitar, Acoustic Guitar, Vocals, 12-String Acoustic Guitar - Raimondo Maria Cocco https://www.youtube.com/watch?v=qEc1KS9LnRA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-26 19:30:34
Rozmiar: 215.39 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Przeglądając czasem różne ankiety i rankingi dotyczące rocka progresywnego z lat 70-tych odnoszę wrażenie, że niemiecki zespół ORANGE PEEL jest dziś nieco zapomnianą formacją. Zazwyczaj nie ma go tam wcale, a jeśli się pojawia się to rzadko. A przecież ich rewelacyjny album był jednym z pierwszych progresywnych tytułów z Niemiec! Być może fakt, że wydali tylko tę jedną płytę, istnieli zaledwie dwa lata, trudno nazwać ich lokomotywą krautrocka. W tej lokomotywie byli bardziej kotłem parowym napędzającym pociąg, czy raczej długi skład towarowy załadowany fantastycznymi niemieckimi grupami progresywnymi. Powstali w 1968 roku w Hanau, miasteczku położonym na terenie Hestii gdzie urodzili się bracia Grimm; stąd też pochodził znany piłkarz a później trener narodowej reprezentacji Niemiec Rudi Voller. Dużo wcześniej Napoleon Bonaparte stoczył tutaj zwycięską dwudniową bitwę z siłami bawarskimi i austriackimi (październik 1813 roku) torując sobie drogę odwrotu w kierunku Frankfurtu nad Menem i na Moguncję… Grupę tworzyli gitarzysta Leslie Link, wokalista Michael Winzowski, basista Heinrich Mohn i najmłodszy z nich, niespełna 17-letni perkusista Curt Cress. W tym składzie nagrali dwie piosenki „I Got No Time” i „Searching For A Place To Hide”, które na singlu wydała wytwórnia Admiral Records. Mała płytka ukazała się także na Wyspach, we Włoszech i Francji. Francuskie wydanie miało zmienioną okładkę. Nie muszę dodawać, że dziś są one łakomym kąskiem dla płytowych kolekcjonerów. Tym bardziej, że nagrania te nie znalazły się później na dużej płycie. Z tej dwójki świetnie prezentuje się „I Got No Time” (strona „A” singla). Absolutny zabójca, którego mogę słuchać bez końca oparty jest na mocnym brzmieniu sekcji rytmicznej, bardzo fajnej gitarze i szorstkim wokalu. Całość w stylu Grand Funk Railroad. Strona „B” już tak nie elektryzuje. Jest odrobinę inna, co nie znaczy że gorsza. Zaczyna się od quasi folkowej ballady z fletem; dopiero w drugiej połowie wszystko nabiera mocy i energii… Jak na początek wyszło całkiem nieźle. Innego zdania był jednak Winzowski, który nie krył swego rozczarowania niską sprzedażą singla i zasilił konkurencyjny Epsilon. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że mu się powiodło – z nową formacją nagrał trzy płyty: psychodeliczny „Epsilon” (1971), hard rockowy, doskonały „Move On” (1972) i nieco rozczarowujący, choć trzymający poziom „Epsilon Off” (1974)… Na miejsce Winzowskiego przyszła dwójka nowych artystów: wokalista Peter Bischof, oraz grający na klawiszach Ralph Wiltheis. Ten ostatni potężnym brzmieniem swych organów dość diametralnie zmienił oblicze zespołu, który w tym właśnie składzie nagrał debiutancki i jak się okazało jedyny album zatytułowany po prostu „Orange Peel”. Krążek wydała wytwórnia Bellaphone mająca swą siedzibę we Frankfurcie nad Menem w połowie 1970 roku. Nagrań dokonano w studiach Dietera Dierksa pod Kolonią. Sam Dierks był tu inżynierem dźwięku, a nad całością czuwał jego przyjaciel i zarazem producent Gerhard Rieger, Płyta zawiera tylko cztery nagrania, z czego pierwsze „You Can’t Change Them All” trwające osiemnaście minut zajmuje całą pierwszą stronę oryginalnego winyla. Zabójcza suita ze świetną, hipnotycznie bijącą perkusją, niesamowitą psychodeliczną gitarą prowadzącą i potężnymi hard rockowymi solówkami organowymi przeplatane bongosami (na których gra Bischof) ani przez chwilę nie nudzi. Zaczyna się od gładkiego, pięknego brzmienia symfonicznego, które stopniowo zwiększa swą intensywność. Wiele tu zmian tempa i dźwiękowych eksperymentów. Wokalista pojawia się na początku i na końcu nagrania – większa część to jednak jamowe, doskonałe granie zapowiadające nadejście krautrocka... „Faces That I Used To Know” otwierający drugą stronę longplaya jest najkrótszą kompozycją na płycie. Mimo to w ciągu trzech minut sporo się dzieje. Dużo tu klawiszy, ostrych zagrywek gitarowych i „gęstej” jazz rockowej perkusji. Główny nacisk położono na wokal, który kojarzy mi się z soulowo psychodelicznymi kawałkami grupy Rare Earth… „Tobacco Road”, w oryginale piosenka amerykańskiego piosenkarza country Johna D. Loudermilka nagrana w 1960 roku była (i jest) wielokrotnie coverowana. Wykonywali ją m.in. Jefferson Airplane, Eric Bardon, The Animals, Spooky Tooth, Blues Creation, Status Quo, Love Affair, Shocking Blue, Edgar Winter’s White Trash… Jimi Hendrix wykonał ją na żywo wspólnie z grupą War w słynnym klubie u Ronnie’ego Scotta 16 września 1970 roku – dwa dni przed swą tragiczną śmiercią… W interpretacji ORANGE PEEL „Tobacco…” brzmi jak psychodeliczno bluesowy wymiatacz zawierający sporą dawkę hendrixowskiej gitary, pełną gamę impowizowanej gry na organach Hammonda i niespodziewanego zakończenia w postaci śpiewu Bischofa a capella. Jedna z ciekawszych wersji z jaką się zetknąłem! Album kończy kolejny kiler – dziesięciominutowy „We Still Try To Change” będący swego rodzaju fenomenalnym dialogiem gitarzysty z klawiszowcem, do których dołącza się kapitalnie rozgrywająca swą partię sekcja rytmiczna. Śmiało mogę powiedzieć, że to już drugie arcydzieło tej płyty, które od pierwszych sekund kojarzy się z najlepszymi ówczesnymi produkcjami hard rockowymi, na dodatek z niezwykłym psychodelicznym finałem Lesliego Linka! Tuż po wydaniu albumu grupa uległa rozwiązaniu. Do dziś nie bardzo wiadomo skąd ta nagła decyzja. W każdym bądź razie Ralph Wiltheis porzucił swe organy na dobre. Lesli Link uważany wówczas za jednego z najlepszych niemieckich gitarzystów odłożył na bok swój instrument. Dziś jest właścicielem sklepu gitarowego w Hanau. Heinrich Mohn został ściągnięty do grupy Epsilon przez dawnego kolegę z zespołu Michaela Winzowskiego i wziął udział w nagraniu płyty „Epsilon Off” po czym wycofał się z muzycznej branży. Nieco dłużej utrzymał się w niej Peter Bischof, który z różnymi formacjami popowymi śpiewał do połowy lat 80-tych ubiegłego wieku. Największą karierę zrobił perkusista Curt Cress, który wkrótce po rozpadzie zespołu trafił do grupy Emergency a następnie do Atlantis. Z obiema nagrał po jednej płycie. Najdłużej zakotwiczył w jazz rockowej formacji Passport kierowanej przez saksofonistę Klausa Doldingera. W latach 80-tych brał udział w licznych projektach jazzowych; w połowie lat 90-tych przyjął zaproszenie od Klausa Meinego i bębnił na płycie „Pure Instinct” (1996) grupy Scorpions. W sumie dyskografia perkusisty to ponad 30 albumów nie licząc pojedynczych nagrań z jego gościnnym udziałem na płytach innych wykonawców. Po dzień dzisiejszy Cress jest jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Niemczech… Z całą pewnością „Orange Peel” to wyjątkowy album porównywalny z największymi progresywnymi dziełami lat 70-tych. I tak jak w cukierni nie może zabraknąć zapachu skórki pomarańczy, tak żadna szanująca się płytowa kolekcja krautrocka nie może obyć się bez tego albumu! Zibi Orange Peel was one of the first Krautrock albums, standing at the edge between late 60s' psychedelia with saturated guitars, raw vocals and long organ solos, and space rock pieces in the style of the first albums by Amon Düül II, ELoy, Faust and Grobschnitt. The music played here was quite innovative for its time and could be described as "heavy organ psychedelic rock". The record contains two long epic tracks and two shorter songs, more blues-rock oriented. The overture track, You Can't Change Them All, starts with a smooth beautiful sounding very symphonic to increase progressively on intensity and psychedelism. The song contains just a few minutes of vocals at the beginning and at the end, but the rest is instrumental. It goes faster and faster with powerful guitar and organ solos alternating accompanied by bongos. Some parts remind me a little of Santana's III. The tune has many changes and is very experimental by moments. Mindblowing ! The longest and best track of the album ! The next tracks, Faces That I Used To Know and Tobacco Road are less spacey but however pretty enjoyable with sometimes a Jimi Hendrix's feel. The disc ends with We Still Try to Change, the other masterpiece of Orange Peel. With its implacable bass introduction and its powerful ogan riff, you are immediately transported to another planet. As for the first long piece, the tune features mainly instrumental passages very spacey and experimental. Such moments announces future Krautrock sounds. Formed during a transitionnal period, the short-lived band Orange Peel released an astonishing unique album, in par with great german progressive acts of their time. Highly recommended to krautrock and early space rock fans ! Modrigue ..::TRACK-LIST::.. 1. You Can't Change Them All 18:16 2. Faces That I Used To Know 3:13 3. Tobacco Road 7:17 4. We Still Try To Change 10:05 Bonus Tracks from Single, 1970: 5. I Got No Time 3:49 6. Searching For A Place To Hide 2:55 ..::OBSADA::.. Vocals, Percussion - H. Peter Bischof Guitar, Effects - H. Leslie Link Organ - Ralph Wiltheiß Bass - Heini Mohn Drums, Percussion - Curt Cress https://www.youtube.com/watch?v=awuObwvaESA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 29
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-25 19:02:40
Rozmiar: 102.76 MB
Peerów: 3
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Przeglądając czasem różne ankiety i rankingi dotyczące rocka progresywnego z lat 70-tych odnoszę wrażenie, że niemiecki zespół ORANGE PEEL jest dziś nieco zapomnianą formacją. Zazwyczaj nie ma go tam wcale, a jeśli się pojawia się to rzadko. A przecież ich rewelacyjny album był jednym z pierwszych progresywnych tytułów z Niemiec! Być może fakt, że wydali tylko tę jedną płytę, istnieli zaledwie dwa lata, trudno nazwać ich lokomotywą krautrocka. W tej lokomotywie byli bardziej kotłem parowym napędzającym pociąg, czy raczej długi skład towarowy załadowany fantastycznymi niemieckimi grupami progresywnymi. Powstali w 1968 roku w Hanau, miasteczku położonym na terenie Hestii gdzie urodzili się bracia Grimm; stąd też pochodził znany piłkarz a później trener narodowej reprezentacji Niemiec Rudi Voller. Dużo wcześniej Napoleon Bonaparte stoczył tutaj zwycięską dwudniową bitwę z siłami bawarskimi i austriackimi (październik 1813 roku) torując sobie drogę odwrotu w kierunku Frankfurtu nad Menem i na Moguncję… Grupę tworzyli gitarzysta Leslie Link, wokalista Michael Winzowski, basista Heinrich Mohn i najmłodszy z nich, niespełna 17-letni perkusista Curt Cress. W tym składzie nagrali dwie piosenki „I Got No Time” i „Searching For A Place To Hide”, które na singlu wydała wytwórnia Admiral Records. Mała płytka ukazała się także na Wyspach, we Włoszech i Francji. Francuskie wydanie miało zmienioną okładkę. Nie muszę dodawać, że dziś są one łakomym kąskiem dla płytowych kolekcjonerów. Tym bardziej, że nagrania te nie znalazły się później na dużej płycie. Z tej dwójki świetnie prezentuje się „I Got No Time” (strona „A” singla). Absolutny zabójca, którego mogę słuchać bez końca oparty jest na mocnym brzmieniu sekcji rytmicznej, bardzo fajnej gitarze i szorstkim wokalu. Całość w stylu Grand Funk Railroad. Strona „B” już tak nie elektryzuje. Jest odrobinę inna, co nie znaczy że gorsza. Zaczyna się od quasi folkowej ballady z fletem; dopiero w drugiej połowie wszystko nabiera mocy i energii… Jak na początek wyszło całkiem nieźle. Innego zdania był jednak Winzowski, który nie krył swego rozczarowania niską sprzedażą singla i zasilił konkurencyjny Epsilon. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że mu się powiodło – z nową formacją nagrał trzy płyty: psychodeliczny „Epsilon” (1971), hard rockowy, doskonały „Move On” (1972) i nieco rozczarowujący, choć trzymający poziom „Epsilon Off” (1974)… Na miejsce Winzowskiego przyszła dwójka nowych artystów: wokalista Peter Bischof, oraz grający na klawiszach Ralph Wiltheis. Ten ostatni potężnym brzmieniem swych organów dość diametralnie zmienił oblicze zespołu, który w tym właśnie składzie nagrał debiutancki i jak się okazało jedyny album zatytułowany po prostu „Orange Peel”. Krążek wydała wytwórnia Bellaphone mająca swą siedzibę we Frankfurcie nad Menem w połowie 1970 roku. Nagrań dokonano w studiach Dietera Dierksa pod Kolonią. Sam Dierks był tu inżynierem dźwięku, a nad całością czuwał jego przyjaciel i zarazem producent Gerhard Rieger, Płyta zawiera tylko cztery nagrania, z czego pierwsze „You Can’t Change Them All” trwające osiemnaście minut zajmuje całą pierwszą stronę oryginalnego winyla. Zabójcza suita ze świetną, hipnotycznie bijącą perkusją, niesamowitą psychodeliczną gitarą prowadzącą i potężnymi hard rockowymi solówkami organowymi przeplatane bongosami (na których gra Bischof) ani przez chwilę nie nudzi. Zaczyna się od gładkiego, pięknego brzmienia symfonicznego, które stopniowo zwiększa swą intensywność. Wiele tu zmian tempa i dźwiękowych eksperymentów. Wokalista pojawia się na początku i na końcu nagrania – większa część to jednak jamowe, doskonałe granie zapowiadające nadejście krautrocka... „Faces That I Used To Know” otwierający drugą stronę longplaya jest najkrótszą kompozycją na płycie. Mimo to w ciągu trzech minut sporo się dzieje. Dużo tu klawiszy, ostrych zagrywek gitarowych i „gęstej” jazz rockowej perkusji. Główny nacisk położono na wokal, który kojarzy mi się z soulowo psychodelicznymi kawałkami grupy Rare Earth… „Tobacco Road”, w oryginale piosenka amerykańskiego piosenkarza country Johna D. Loudermilka nagrana w 1960 roku była (i jest) wielokrotnie coverowana. Wykonywali ją m.in. Jefferson Airplane, Eric Bardon, The Animals, Spooky Tooth, Blues Creation, Status Quo, Love Affair, Shocking Blue, Edgar Winter’s White Trash… Jimi Hendrix wykonał ją na żywo wspólnie z grupą War w słynnym klubie u Ronnie’ego Scotta 16 września 1970 roku – dwa dni przed swą tragiczną śmiercią… W interpretacji ORANGE PEEL „Tobacco…” brzmi jak psychodeliczno bluesowy wymiatacz zawierający sporą dawkę hendrixowskiej gitary, pełną gamę impowizowanej gry na organach Hammonda i niespodziewanego zakończenia w postaci śpiewu Bischofa a capella. Jedna z ciekawszych wersji z jaką się zetknąłem! Album kończy kolejny kiler – dziesięciominutowy „We Still Try To Change” będący swego rodzaju fenomenalnym dialogiem gitarzysty z klawiszowcem, do których dołącza się kapitalnie rozgrywająca swą partię sekcja rytmiczna. Śmiało mogę powiedzieć, że to już drugie arcydzieło tej płyty, które od pierwszych sekund kojarzy się z najlepszymi ówczesnymi produkcjami hard rockowymi, na dodatek z niezwykłym psychodelicznym finałem Lesliego Linka! Tuż po wydaniu albumu grupa uległa rozwiązaniu. Do dziś nie bardzo wiadomo skąd ta nagła decyzja. W każdym bądź razie Ralph Wiltheis porzucił swe organy na dobre. Lesli Link uważany wówczas za jednego z najlepszych niemieckich gitarzystów odłożył na bok swój instrument. Dziś jest właścicielem sklepu gitarowego w Hanau. Heinrich Mohn został ściągnięty do grupy Epsilon przez dawnego kolegę z zespołu Michaela Winzowskiego i wziął udział w nagraniu płyty „Epsilon Off” po czym wycofał się z muzycznej branży. Nieco dłużej utrzymał się w niej Peter Bischof, który z różnymi formacjami popowymi śpiewał do połowy lat 80-tych ubiegłego wieku. Największą karierę zrobił perkusista Curt Cress, który wkrótce po rozpadzie zespołu trafił do grupy Emergency a następnie do Atlantis. Z obiema nagrał po jednej płycie. Najdłużej zakotwiczył w jazz rockowej formacji Passport kierowanej przez saksofonistę Klausa Doldingera. W latach 80-tych brał udział w licznych projektach jazzowych; w połowie lat 90-tych przyjął zaproszenie od Klausa Meinego i bębnił na płycie „Pure Instinct” (1996) grupy Scorpions. W sumie dyskografia perkusisty to ponad 30 albumów nie licząc pojedynczych nagrań z jego gościnnym udziałem na płytach innych wykonawców. Po dzień dzisiejszy Cress jest jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Niemczech… Z całą pewnością „Orange Peel” to wyjątkowy album porównywalny z największymi progresywnymi dziełami lat 70-tych. I tak jak w cukierni nie może zabraknąć zapachu skórki pomarańczy, tak żadna szanująca się płytowa kolekcja krautrocka nie może obyć się bez tego albumu! Zibi Orange Peel was one of the first Krautrock albums, standing at the edge between late 60s' psychedelia with saturated guitars, raw vocals and long organ solos, and space rock pieces in the style of the first albums by Amon Düül II, ELoy, Faust and Grobschnitt. The music played here was quite innovative for its time and could be described as "heavy organ psychedelic rock". The record contains two long epic tracks and two shorter songs, more blues-rock oriented. The overture track, You Can't Change Them All, starts with a smooth beautiful sounding very symphonic to increase progressively on intensity and psychedelism. The song contains just a few minutes of vocals at the beginning and at the end, but the rest is instrumental. It goes faster and faster with powerful guitar and organ solos alternating accompanied by bongos. Some parts remind me a little of Santana's III. The tune has many changes and is very experimental by moments. Mindblowing ! The longest and best track of the album ! The next tracks, Faces That I Used To Know and Tobacco Road are less spacey but however pretty enjoyable with sometimes a Jimi Hendrix's feel. The disc ends with We Still Try to Change, the other masterpiece of Orange Peel. With its implacable bass introduction and its powerful ogan riff, you are immediately transported to another planet. As for the first long piece, the tune features mainly instrumental passages very spacey and experimental. Such moments announces future Krautrock sounds. Formed during a transitionnal period, the short-lived band Orange Peel released an astonishing unique album, in par with great german progressive acts of their time. Highly recommended to krautrock and early space rock fans ! Modrigue ..::TRACK-LIST::.. 1. You Can't Change Them All 18:16 2. Faces That I Used To Know 3:13 3. Tobacco Road 7:17 4. We Still Try To Change 10:05 Bonus Tracks from Single, 1970: 5. I Got No Time 3:49 6. Searching For A Place To Hide 2:55 ..::OBSADA::.. Vocals, Percussion - H. Peter Bischof Guitar, Effects - H. Leslie Link Organ - Ralph Wiltheiß Bass - Heini Mohn Drums, Percussion - Curt Cress https://www.youtube.com/watch?v=awuObwvaESA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-25 18:55:38
Rozmiar: 323.65 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:47:00
Rozmiar: 88.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:41:39
Rozmiar: 198.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
|
|||||||||||||